Dlaczego ja, dlaczego tam i właściwie…po co mi to było?

 


kaboompics-com_girl-reading-book-at-water“Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

 

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam zostać nauczycielką. Od razu doprecyzujmy – nauczycielką polskiego. Lubiłam dzieci, lubiłam język nasz ojczysty, a już najbardziej lubiłam uczyć: młodszego brata, kuzynki, koleżanki, każdej duszyczce zbłąkanej w literackim, czy gramatycznym świecie z radoscią pomagałam. Ostatecznie po pięciu latach cieżkiej pracy, pilnej nauki, praktyk i staży trzymałam w ręku prawomocny dyplom z tytułem magistra filologii polskiej. Nareszcie mogłam ruszyć w świat. Spełniać swój sweet dream. Nareszcie!

Szybko okazało się, że nie będzie ani sweet, no i żaden to dream. Chyba, ze koszmar…

W ciagu dwóch lat nie mogłam znaleźć pracy. Nic, null, zero. Ani pół, ani nawet ćwierć etatu.

„Pewnie sie nie starała” – ktoś pomyśli.  „Dla chcącego nic trudnego” – drugi doda.

Otóż bardzo chciala, odwiedziła mnóstwo szkół, poświeciła wiele czasu, energii i pracy, aby gdziekolwiek dostać szanse.

Polskie realia w oświacie mnie przerosły. Stopniowo traciłam zapał i cierpliwość. Bo jak tu mieć nadzieję, kiedy w kolejnej odwiedzonej placówce sprzątaczka chce wziąć dokumenty, informując znużonym półgłosem, że wolnych etatów od dawna nie mają, a takich podań, to już 3 teczki leżą. Moje dorzuci. Na spód oczywiście. I że dyrektorowi to nie ma sensu głowy nawet zawracać. Jak żyć?! – pytałam.

W zasadzie to żyć miałam za co. Już na studiach zaczęłam dorabiać w telemarketingu. Nie była to do końca moja bajka, ale o dziwo szło całkiem nieźle. Wytrzymać 3 lata na słuchawkach z dobrymi wynikami sprzedażowymi, to moim nieskromnym zdaniem niezły wyczyn. I pewnie wytrzymałabym jeszcze, gdyby nie pewna propozycja.

Propozycja wyjazdu za granicę. Trzy miesiące w Belgii. Praca fizyczna, ale bardzo dobrze płatna, firma sprawdzona, znajomi na miejscu, wyjazd z najlepszą przyjaciółką. Połknęłam haczyk. Chciałam coś zmienić. Choć na chwilę. No i nie powiem, wizja niemałej pensyjki w euro była całkiem kuszącym bodźcem. Ostatecznie stało sie: zwolniłam się z pracy (ze świadomością, że ewentualnie zawsze mogę tam wrócic), spakowałam i przez całe upalne lato wygrzewałam na belgijskich plantacjach roślinek ozdobnych. Hardcore!

Druga połówka jabłka…

W Polsce został mój chłopak. A w zasadzie narzeczony. Zaręczyliśmy się kilka miesięcy wcześniej. Data ślubu była ustalona, sala bankietowa, zespół i cała reszta zarezerwowane. Wszystko ogarnięte, wszyscy szczęśliwi, pozostało tylko odliczanie. No i intensywne oszczędzanie, bo oszacowany na szybko koszt naszego marzenia, delikatnie mówiąc – zwalił nas z nóg.

Jak to dobrze, że przeciwieństwa sie przyciągają. Nie wiem, czy to los, czy przypadek postawił na mojej drodze umysł scisły. Tak czy owak – DANKE!

D. jest programistą i  miał już wówczas całkiem niezłą posadę w pewnym (rzekomo obiecującym) start-upie. Jak to pracownik branży IT, otrzymywał regularnie propozycje pracy za granicą, ale jakoś nie mógł się nigdy przełamać i na żadną nie odpowiedział. Fajni kumple w pracy, miła atmosfera oraz  wizja rozwoju w dobrze znanym otoczeniu skutecznie tępiły w zalążku myśli o wyjeździe. Do czasu…

Jakiś miesiąc przed moim powrotem z Belgii, D. poinformował mnie, że właśnie oto wręczono jemu i jego kolegom wypowiedzenia. Ulubiony „pan szef” z dnia na dzień postanowił zamknąć projekt, nad którym pracowali. Bez ostrzeżenia. Bez skrupułów.
Ot, życie…

Od tej chwili szukanie nowej pracy przybrało globalnego wymiaru. Nie mieliśmy wiele do stracenia. No może tylko nasze oszczędności. Ale co tam! Raz sie żyje. Zgodnie stwierdziliśmy, że lepszego momentu na zasmakowanie życia w innym świecie nie bedzie. A nuż sie uda…

D. początkowo nie mógł się zdecydować, gdzie w ogóle chciałby zacząć zmagania z nieznanym. Na mapie świata radośnie uśmiechały się: Wielka Brytania, Szwajcaria, Szwecja, a nawet USA czy Emiraty. Ja pokornie stwierdzilam, że się dostosuję. Pod warunkiem, że bedzie to Europa; miasto, ale nie metropolia; niezbyt daleko od domu, z dobrym połączeniem komunikacyjnym i najlepiej ładnym krajobrazem. Pójdę mu na rekę, a co! Niech ma 🙂

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wszystkie warunki spełnił!

 

Wyjazd w nieznane

young-couple-enjoying-romantic-sunset-from-car-trunk-picjumbo-com

Urokliwe miasteczko w zachodnich Niemczech. Tam ma siedzibę firma, w której D. ostatecznie otrzymał etat. Niezłe warunki finansowe, szansa na rozwój, pracę w nowych technologiach, dodatkowo pomoc w urządzeniu się i dopłata do mieszkania przez pół roku spowodowały, że podjęcie ostatecznej decyzji nie trwało długo. W dłuższej perspektywie zapowiadało się ciekawie. Pozostała do ogarnięcia kwestia samego wyjazdu, przeprowadzki i wszystkiego, co z tym kieratem związane.

Po pierwsze, już na wstępie zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy razem. Nie, że on, a ja kiedyś tam dojadę… Że jak się urządzi, jak ogarnie, jak rozpozna teren. To w ogóle nie wchodziło w grę. Żadne z nas nie wyobrażało sobie innego scenariusza. Tak już mamy.

Trzeba było zatem znaleźć mieszkanie. Niby proste, a jednak… W obcym kraju, kompletnie nieznanym wcześniej mieście, bez żadnego znajomego na miejscu (nie mielismy tam ani jednej osoby, do której można byłoby napisać z prośbą o informacje), bez znajomości języka (nasz niemiecki ograniczał się do guten morgen, danke, bitte i tschues). Jednym słowem: wyzwanie.

O dziwo poszło jednak dość gładko. Dziś już wiemy, że mieliśmy przy tym mnóstwo szczęścia. Znaleźliśmy w internecie kilka interesujących nas ofert, wysłaliśmy do firmy (która przecież zaoferowała pomoc w poszukiwaniach), jedna z pracownic odwiedziła to, które nam najbardziej przypadło do gustu, potwierdziła, że jest warte uwagi i umówiła termin spotkania z właścicielami, na które musieliśmy już stawić się osobiście. Pojechaliśmy, podpisaliśmy umowę, odebraliśmy klucze. I stało się! Szybko, sprawnie, w miłej atmosferze. Tym sposobem zdobyliśmy swój przyjemny kąt na obcej ziemi. Nasze schronienie, w którym tak bardzo pragnęlismy cieszyć sie z zachodzących zmian.

Dwa tygodnie później, załadowanym pod dach golfem, z całym naszym polskim dobytkiem podjechaliśmy pod „nasz” blok. Co wtedy czułam? Czy się bałam? Bardzo! Ale strach mieszał się w równych proporcjach z ciekawością, nadzieją i podekscytowaniem. Wiedziałam, że przed nami cieżki czas, czas wyzwań, ale jednocześnie cieszyłam się, że się udało. Że to już, że teraz będę mogła przekonać się na własnej skórze jak to jest. Nowy rozdział życia rozpoczęty! Rozdział, pt. “Moje życie na emigracji”.