„Polacy idealizują Niemcy” – emigracyjna przygoda Kariny

img_20160829_194938

Młoda, zdolna, ambitna. Żona, matka, autorka bloga parentingowego. Ukończyła dwa kierunki studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, po czym wyjechała do Niemiec, gdzie żyje do dziś. Czy było warto?

 


Dlaczego młoda, wykształcona kobieta, z dobrymi perspektywami na znalezienie ciekawej pracy decyduje się wyjechać z Polski?

W sumie to ciężko powiedzieć… po prostu to była przygoda, coś spontanicznego. Razem z moim narzeczonym stwierdziliśmy, że chcemy wyprowadzić się z Wrocławia, pomieszkać trochę w innym mieście. Myśleliśmy o Warszawie, ale w międzyczasie Adam złożył także podanie o pracę do Niemiec.

A czym się zajmowaliście we Wrocławiu?

Adam pracował jako programista, a ja kończyłam jeszcze psychologię, bo dyplom z pedagogiki zdobyłam już rok wcześniej. Przez to, że nie miałam jeszcze stałej posady, stwierdziłam, że to w sumie dobry czas na takie zmiany. Tym sposobem oboje zgodnie zdecydowaliśmy, że jedziemy.

No dobrze… a dlaczego Niemcy?

A to wyłącznie przez dobrą ofertę pracy dla Adama. Nie byliśmy nastawieni na żaden konkretny kraj. Jak już wspomniałam, myśleliśmy raczej o pracy w inny rejonie Polski, ja byłam bardzo pozytywnie nastawiona na Warszawę: lubię to miasto, miałam tam rodzinę, także taka opcja przypadła mi do gustu.

Jakie uczucia towarzyszyły Ci przeprowadzce do nowego kraju?

Chyba podekscytowanie. Wiadomo, to było coś nowego, nieznanego, nowe miejsce, nowi ludzie… Z jednej strony niby w ogóle się nie bałam, nie martwiłam, ale pamiętam ten moment, kiedy już wsiadłam do autobusu z całym swoim dobytkiem upakowanym w torby bagażowe i zobaczyłam przez szybę jak moja mama stoi i płacze, to przyznaję, że miałam moment takiego głębokiego smutku. Wtedy tak naprawdę dopiero dopadło mnie poczucie, że coś się kończy. Coś się we mnie rozedrgało.

Co poczułaś, kiedy dotarłaś do celu? Jakie były pierwsze wrażenia odnośnie miejsca, w którym przyszło Ci żyć?

Byłam bardzo zaskoczona! Kompletnie inaczej to sobie wyobrażałam, tak bardziej na modłę polską. Tymczasem odmienność architektury tego małego miasta mnie zaskoczyła. W ogóle przesiadka z Wrocławia do Kaiserslautern była wyzwaniem, bo nagle okazało się, że nie bardzo mam tu co robić, brakowało mi wielkomiejskiego życia. Pierwszy spacer po mieście był dla mnie szokiem, tym bardziej, że było to w niedzielę, kiedy wszystkie sklepy są pozamykane, na ulicach mało ludzi, kompletnie nic się nie dzieje…no dla mnie szok!

Przechodziłaś depresję emigracyjną?

Oczywiście. Była taka wielka tęsknota, smutek i płacze z trzaskaniem drzwiami. Myślę, że to taki standard wśród emigrujących.

Ile czasu zajęła Ci aklimatyzacja, przestawienie się na nowy rytm życia?

Nie wiem, czy już jestem przestawiona! (śmiech)

A to już 4,5 roku!?

Tak, ale chyba największym wyzwaniem jest zawsze język i dla mnie do dziś temat pozostaje otwarty. Na początku nie rozumiałam praktycznie nic. Teraz jest już dużo lepiej, jestem w stanie się dogadać, załatwić wiele rzeczy, ale na naukę poświęciłam naprawdę bardzo dużo czasu. To był mój główny cel, nie widziałam innej opcji, dlatego biegałam na intensywne kursy językowe dla obcokrajowców, gdzie uczysz się jak w podstawówce: od rana do południa, od poniedziałku do piątku. Po nich kolejne kursy doszkalające, egzaminy, certyfikaty…

Wróćmy jeszcze na moment do chwili, kiedy nie znałaś niemieckiego. Jak sobie wtedy radziłaś?

Sam początek miałam o tyle komfortowy, że Adam, który był tu już od miesiąca, pozałatwiał wszelkie formalnosci związane z mieszkaniem. Ja przyjechałam na gotowe. A później moim ratunkiem był łamany angielski. Na szczęście żyjemy w czasach sklepów samoobsługowych, także żadnych szczególnie kłopotliwych sytuacji nie było. Jest tu zresztą dużo Polaków i tym sposobem, np. opiekę medyczną mamy polskojęzyczną.

A właśnie…nie zdziwiło Cię, że w niewielkim miasteczku na zachodzie Niemiec co rusz na ulicy, czy w sklepie mogłaś usłyszeć swój język ojczysty?

Nie, nie było to dla mnie zaskoczeniem, ponieważ doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że Polacy to naród, który intensywnie emigruje i można nas spotkać w niemal każdym zakątku świata.

Szukaliście polskich znajomych? Próbowaliście jak najszybciej nawiązać nowe kontakty z rodakami, żeby poczuć się bardziej swojsko?

Od samego początku mieliśmy tutaj jedną zaprzyjaźnioną parę i nam to w zasadzie wystarczało. Tęskniliśmy za znajomymi z Polski, to było naprawdę trudne, ale nie szukaliśmy nikogo na siłę.

Często wracaliście do Polski w tych pierwszych latach?

Nie, jeździliśmy zazwyczaj dwa razy do roku, z czego raz oczywiście na święta Bożego Narodzenia.

Rodzina pogodziła się z waszym wyborem? Nie próbowała wywierać na was presji, nakłaniać do powrotu?

Nie, szybko zaakceptowali naszą decyzję. Z racji studiów w innym mieście już od długiego czasu często nie było nas w domu, także aż tak wiele się nie zmieniło.

Rozumiem. A w tym momencie, mówiąc ‘‘dom’’ co Ci pierwsze przychodzi do głowy?

Wrocław!

Jednak?

Tak… myślę, że to się nie zmieni, dlatego myślimy o powrocie.

A gdzie według Ciebie żyje się łatwiej? W Polsce? We Wrocławiu, czy tutaj? Można to w ogóle porównać?

Myślę, że nie ma prostej odpowiedzi na takie pytanie. Wydaje mi się, że pod względem finansowym łatwiej żyje się tutaj, bo “klasa średnia” jest bardziej wyrównana. Jeśli ktoś pracuje, to żyje na nienajgorszym poziomie. My też tu żyjemy w porównaniu z niektórymi Niemcami na wysokiej stopie, oczywiście ze względu na wykształcenie. Niektórzy twierdzą, że służba zdrowia jest tu doskonała. Trudno mi to ocenić, bo szczególnie nie chorowałam, ale tutaj też są kolejki, też się czeka. I jeśli kogoś nawet stać, to nie ma opcji, że pójdzie prywatnie, zapłaci i badanie zrobią od ręki. Nie ma czegoś takiego. Musisz czekać tak, jak wszyscy.

Zmieńmy na chwilę temat. Stereotyp Polaka za granicą. Istnieje? Spotkałaś się z jakimiś przykładami?

Wydaje mi się, że to już jest taki relikt. Przynajmniej tutaj. Nie spotkałam się nigdy z negatywną reakcją w stosunku do mnie w związku z tym, że pochodzę z Polski.

A Ty jak oceniasz Niemców? Mogłabyś scharakteryzować ich w trzech słowach?

Hmm… ludzie jak my.

A inne narodowości, które miałaś okazję poznać na kursach językowych? Czy rzeczywiście istnieją jakieś istotne różnice, takie cechy od razu rzucające się w oczy, albo takie, które mogą nam przeszkadzać, albo denerwować w tej mieszance kultur, jaka tu istnieje?

Jeżeli poznajesz konkretnego człowieka, to nie ma czegoś takiego. Nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu w nawiązaniu relacji, czy żadnego innego. Ludzie, których spotkałam zawsze byli tolerancyjni, nastawieni na współpracę. Oczywiście różnice istnieją, chociażby religijne, co widać gołym okiem, ale osobiście nigdy mi to nie przeszkadzało.

Jaka jest największa wada życia tutaj?

Dla mnie – język. Pomimo, że dziś już nim dobrze władam, to on zabiera takie totalne rozumienie kultury, rzeczywistości wokól ciebie. Bo nawet jeśli rozmawiasz z kimś face to face, rozumiesz go, to nigdy nie zrozumiesz całej ulicy. Tym bardziej, że  w naszym regionie ludzie posługują się dialektem i tego nigdy nie pojmę, nie dogadam się ze staruszką na rynku. To ogranicza moją spontaniczność. Często nie mogę zareagować tak, jakbym chciała.

Wspomniałaś, że planujecie powrót do Polski, a co by się musiało stać, żebyście jednak zostali?

Nie wiem, chyba trzecia wojna światowa.

A co Was najbardziej ciągnie do kraju?

To poczucie, że tutaj przez język i nie tylko, nigdy tak na 100% nie będę się czuła swobodnie. Nie chodzi o to, że jestem jakąś wielką patriotką, kocham Polskę i muszę tam żyć. Nie, chodzi o ten komfort życia. Do życia potrzebni są mi ludzie. To oni są kwintesencją wszystkiego, a tutaj mi tego jednak brakuje.

Gdybyście mogli cofnąć czas i jeszcze raz podjąć decyzję o wyjeździe, to jaka by ona była? Zdecydowalibyście się?

Rety nie wiem … i tak i nie.
Tak, bo to była i nadal jest niezwykła przygoda. Poznaliśmy wiele wspaniałych osób z różnych zakątków świata. Nie poznalibyśmy ich w Polsce, która jest dość monokulturowa. Oczywiście język jest ogromnym atutem, który może nam się przydać. No i to doświadczenie. Zdecydowaliśmy się, przekonaliśmy na własnej skórze jak to jest, nie do końca nam to odpowiada, więc wracamy. Ale nigdy już nie zarzucimy sobie, że nie spróbowaliśmy.
A nie, bo wiem, że gdyby nie wyjazd, to już bym pracowała i dziś miałabym na swoim koncie kilka lat doświadczenia zawodowego. A teraz będę musiała zaczynać wszystko od nowa.

Wiem, że przyjeżdżając tutaj postanowiłaś sobie, że nie podejmiesz pierwszej lepszej pracy, nie będziesz sprzątać, zmywać, pracować fizycznie, choć w ten sposób zaczyna wielu emigrantów. Dlaczego?

Tak, nie po to tu przyjechałam. Spotkałam się oczywiście z negacją mojego postanowienia. Niektórzy uważali, że powinnam, ale na szczęście nie mój Adam. Moje podejście było takie, że skoro daliśmy jemu szansę, on pracuje w swoim zawodzie, realizuje się, rozwija, a ja nie do końca, to nie znaczy, że mam wzmacniać ten stereotyp Polki, która mając na koncie kilka dyplomów idzie i sprząta albo opiekuje się starszymi. Skupiłam się mocno na nauce języka, poświęcając temu większość czasu, a po pewnym czasie zaczęłam szukać pracy biurowej, niestety bezskutecznie.

Jak myślisz, dlaczego? Ze względu na nieperfekcyjny język?

Nie, myślę, że to nie to było największą przeszkodą. Myślę, że przyczyną były różnice systemowe. W Niemczech ogromną wagę przywiązuje się do wykształcenia i później do pracy w wyuczonym zawodzie. Ja jestem psychologiem i pedagogiem, a do pracy w biurze czy HR wymaga się tu nieco innego przygotowania.

W międzyczasie przeszłaś cały proces uznawania dyplomu polskiej uczelni. Jak to wygląda i ile kosztuje?

Tak. Niestety koszt jest spory. W Polsce wydałam ok 500 zł na tłumaczenia i tutaj na  dalsze formalności jeszcze ok 500 €. Polega to na tym, że musisz zebrać wszystkie dokumenty, wysłać do odpowiedniego instytutu i czekać. Ja po trzech miesiącach otrzymałam decyzję o uznaniu mojego tytułu magistra.

Jak na przestrzeni tych prawie pięciu lat spędzonych tutaj zmieniło się Twoje spojrzenie na Niemcy?

Wydaje mi się, że Polacy idealizują Niemcy.

Czyli tutaj też nie ma nic za darmo?

Absolutnie! Polacy mają taką tendencję do idealizowania innych krajów. Poza tym często ci, którzy żyją w Polsce uważają, że człowiekowi, który wyjeżdża pieniądze spadają z nieba i od razu staje się bogaty. Niestety nie wiedzą jakim kosztem, bo z jednej strony jest koszt emocjonalny, a do tego nie biorą pod uwagę kosztów życia. Oni sobie przeliczają wypłatę razy cztery i łapią się za głowę jacy to my jesteśmy bogaci. A to nieprawda.

Jakie podejście do emigrantów mają rodowici Niemcy? Rzeczywiście panuje taka przyjazna atmosfera, jaką kreują media, czy bywa różnie?

Oficjalnie panuje polityka proemigracyjna i chyba faktycznie tak jest. Nawet jeżeli ludzie myślą inaczej, to może w duchu sobie poprzeklinają, ale na zawnątrz tego nie pokazują. My Polacy w ogóle mamy ułatwienie, bo jeśli podszkolimy język to potem wtapiamy się w tłum, może inni emigranci bardziej odmienni narodowościowo czy kulturowo widzą to inaczej, ale osobiście nie zauważyłam aktów nietolerancji.

A nie boisz się o swoje bezpieczeństwo? Nagłaśniane w ostatnim czasie brutalne ataki w kilku niemieckich miastach oraz podejrzenie o rozszerzoną działalność Państwa Islamskiego nie zaburzyły Twojego spokoju?

Nie, raczej nie, może dlatego, że poznałam sporo osób pochodzących z krajów muzułmańskich.  Choć przyznam się, że kiedyś, jeden jedyny raz,  w galerii handlowej zauważyłam porzuconą gdzieś pod ścianą reklamówkę i wtedy przez sekundę przeszło mi przez myśl, czy to zaraz nie wybuchnie, ale podeszłam, sprawdziłam i się uspokoiłam. Natomiast na co dzień nie boję się wychodzić do miasta, pomimo, że tych ludzi jest tu naprawdę dużo. Bez obaw mijam ich na ulicy.

Niedawno urodziłaś dziecko. Powiedz, czy wyobrażasz sobie, że Twoja córka wychowuje się tutaj, nabywa w przyszłości niemieckie obywatelstwo i w rezultacie jest bardziej zżyta z tym krajem niż z Polską?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Postanowiliśmy, że za jakiś czas wracamy i wiem, że raczej tak się nie stanie, niemniej jednak spotkałam się z sugestiami, iż zabieramy dziecku szansę, że powinniśmy zostać trochę dłużej, żeby mała nauczyła się języka. Ja jednak uważam, że to jest moje życie i skoro ja czuję, że będę szczęśliwsza w Polsce, to dziecko na pewno też na tym zyska. A jeżeli ona kiedyś w przyszłości będzie chciała wyjechać do kraju, w którym przyszła na świat, to będzie to już jej decyzja i na pewno jej nie zatrzymam.

A co doradziłabyś młodym ludziom, którzy są teraz w Polsce i zastanawiają się nad wyjazdem za granicę? Warto?

Powiedziałabym: jedź i sam się przekonaj. Lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż przez całe życie żałować zmarnowanej okazji. Także jedź, próbuj, ale nie nastawiaj się, że będzie słodko. Początki są bardzo ciężkie, jednak przy odrobinie szczęścia można tu wiele osiągnąć. No i pamiętaj – zawsze można wrócić.
I to żaden wstyd.

blog-eksperymentalny
Autorski blog Kariny