Pierwsze kroki na obczyźnie

60hKiedy przyjechaliśmy na dobre do Niemiec był początek listopada. Nigdy nie lubiłam jesieni, ale tym razem wydawało mi się, że dostrzegłam jej nowe oblicze. Krajobrazy, jakie ujrzały moje oczy były nie do opisania! Bogactwo barw, mieszanka ognistych kolorów żółci, czerwieni i delikatnego brązu sprawiły, że nie mogłam nacieszyć się urokiem miejsca, w którym zdecydowaliśmy się zamieszkać. Było tak inne, od tego, z którego przyjechaliśmy…


Miasteczko położone w kotlinie jest chyba najpiękniejsze właśnie o tej porze roku – otaczające je lasy wdziewają wtedy najcudowniejsze szaty zaprojektowane przez samą Matkę Naturę. Wszystkie Zienie czy Jemioły mogą się jej kłaniać w pas. Moje początkowe zafascynowanie nie trwało jednak długo…jesienna parada drzew szybko przeminęła, a jej miejsce zajęła szara, surowa i depresyjna wizja nadchodzącej zimy. Zbliżały się gorsze dni…

Pierwsze tygodnie pobytu w DE kojarzą mi się z urzędowym maratonem. Było tyle spraw do ogarnięcia, że czasami sama nie wiedziałam co już zrobione, a co przed nami. I tu pora wspomnieć o pewnej kobiecie: niezastąpionej przewodniczce, która spadła nam jak z nieba i okazała się niezawodna w każdej sytuacji. Susanna – właścicielka wynajętego przez nas mieszkania już na pierwszym spotkaniu zaoferowała swoją pomoc. Początkowo myśleliśmy, że to tylko kurtuazyjny gest, szybko jednak okazało się, że nic bardziej mylnego! Nowa znajoma zorganizowała niemal wszystko, co emigrantowi niezbędne na starcie. Zaprowadziła do każdego urzędu, tłumaczyła dokumenty (komunikowaliśmy się po angielsku), pomagała przy wyborze najlepszych opcji, np. dostawcy prądu czy ubezpieczenia. Już pierwszego dnia, kiedy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania, na stole czekała sterta przewodników po mieście, map i rozkładów jazdy komunikacji miejskiej. Byliśmy w szoku! Szwajcarska precyzja w niemieckim wydaniu.

86hTo niesamowite, kiedy w zupełnie nieznanym jeszcze miejscu  doświadcza się takiej życzliwości ze strony obcego człowieka. Serce rośnie, dusza się raduje, a optymizm sięga zenitu.
W pewnym momencie zaczęliśmy się już zastanawiać, gdzie jest haczyk… ale na szczęście czas pokazał, że intencje były szczere i do dziś utrzymujemy wzajemnie bardzo dobre relacje.

Po etapie “papierkowej gonitwy” nastał czas względnego spokoju. D. wpadł w rutynę codziennej pracy, wracał późno, a moim głównym zajęciem stało się czekanie. Nie tak to sobie wyobrażałam… Poprzednie miesiące miałam tak aktywne i wypełnione zajęciami, że nie mogłam się odnaleźć w pustym mieszkaniu, otoczona głównie nadmiarem wolno upływającego czasu. Naiwne okazało się myślenie sprzed przeprowadzki, że raz dwa znajdę jakąś pracę, albo pójdę na kurs, albo, że samo się coś trafi… Bez języka o przyzwoitą pracę dla kobiety strasznie trudno, a na rozpoczęcie kursu niemieckiego dla początkujących obcokrajowców przyszło mi czekać prawie 3 miesiące, takie były terminy.

Tym sposobem zostałam sama w domu. Bez telewizji, internetu (nie wiedzieć czemu podłączenie tej usługi trwa zazwyczaj okrutnie długo – w naszym przypadku półtora miesiąca!), bez jakichkolwiek polskojęzycznych znajomych. Momentami myślałam, że zwariuję! Dopadła mnie gigantyczna tęsknota za domem, rodziną, przyjaciółmi, za moim starym poczciwym życiem… Tak! Emigracja czasami boli.

Największym pocieszeniem w mojej prywatnej niedoli były nadchodzące święta. Wiedziałam, że tuż przed Wigilią znowu zobaczę znajome twarze i poczuję swojskie klimaty. Ku mojemu zaskoczeniu, samopoczucie polepszyło mi się jeszcze przed wyjazdem. Coś drgnęło. Zaczęłam poznawać nowych ludzi, w dodatku z Polski! A to niespodziewanie sąsiad z bloku obok przyszedł się przywitać, bo usłyszał od kogoś, że nowi przyjechali, a to D. zabrał mnie na spotkanie firmowe i poznał z dziewczyną kolegi, która niedawno również przyjechała z Polski. A to innym razem dowiedziałam się, że ktoś szuka nauczycielki polskiego dla dziecka i chce się ze mną spotkać… Jednym słowem grudzień przyniósł NADZIEJĘ.

Nie zmienia to jednak faktu, że dopiero tamtego roku, mknąc do domu niemiecką autostradą, wzruszyłam się jak nigdy wcześniej, kiedy z głośników wybrzmiał Chris Ria i jego “Driving home for Christmas”.

hope-1804595_1920

„Życie jest serią początków, nie łańcuchem zakończeń – dlatego jest takie piękne.” Mian Mian