Internetowa miłość

Różne bywają motywy emigracji. Dorota wyjechała do Niemiec z miłości. Miłości poznanej przez Internet. Ile zaryzykowała? Czy się opłaciło? Czy nie żałuje? Szczere wyznania młodej mężatki.


img_2327Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? To był grudzień 2013 roku. Ty byłaś w DE już pół roku, ja od miesiąca. Odniosłam jednak wrażenie, że stopień naszego zagubienia w niemieckiej rzeczywistości był porównywalny. Jak wspominasz tamten czas?

Pamiętam, że to spotkanie zorganizowali nasi mężczyźni, głównie po to, żebyśmy mogły się poznać. Wcześniej niespecjalnie chciałam nawiązywać nowe kontakty, ale jednocześnie strasznie mi ich brakowało. Przyjeżdżając tutaj założyłam sobie, że będziemy tylko we dwoje: ja i Darek. Na dłuższą metę taki układ jednak nie funkcjonuje, człowiek jest istotą społeczną i zamknięcie w czterech ścianach powoduje złe samopoczucie. Kiedy zatem dowiedziałam się, że przyjechaliście i że jesteś w podobnej  sytuacji, to strasznie się ucieszyłam, byłam ciebie bardzo ciekawa, ale jednocześnie trochę się bałam, że będziesz kimś nie w moim stylu i nie znajdziemy wspólnego języka. Na szczęście stało się inaczej.

Jak w tamtym okresie czułaś się w Niemczech? Czy kilka miesięcy pobytu pozwoliły na oswojenie się i zaklimatyzowanie w nowym środowisku?

Kiedy wyjeżdżałam z Polski to w ogóle nie myślałam, że przede mną trudny czas. Od dzieciństwa znałam Niemcy, często na wakacje jeździłam do cioci, która tu mieszkała, także w moim wyobrażeniu była to tylko zmiana miejsca zamieszkania. Wyprowadzając się z domu rodzinnego było mi doprawdy przykro, musiałam opuścić rodziców, czułam, że jakiś etap w moim życiu się kończy, rozpoczyna nowy, ale podeszłam do tego na luzie. To była moja decyzja, bardzo tego chciałam, nie analizując za wiele spakowałam się i wyjechałam. Dopiero na miejscu, kiedy minęło kilka pierwszych tygodni, dotarło do mnie co zrobiłam. Czułam się tragicznie. Nie wychodziłam z domu, bałam się iść na zakupy, bałam się otworzyć drzwi, wynieść śmieci, bałam się, że ktoś do mnie zagada, kompletnie nie umiałam się tu odnaleźć.

Wspomniałaś, że wcześniej odwiedzałaś rodzinę w Niemczech. Czy kiedykolwiek wtedy przyszło Ci do głowy, że mogłabyś zamieszkać w tym kraju?

Był taki moment, kiedy po maturze przyjechałam na rok do mojej cioci do Frankenthal i pracowałam niedaleko jako Au-pair-Mädchen. Wtedy moim głównym celem było nauczenie się języka i zarobienie paru groszy na studia. Ciocia często pytała mnie, czy nie chciałabym zostać, szukała nawet ewentualnego zakwaterowania dla mnie, ale na tamten moment nie miałam takiej potrzeby. Chciałam wrócić do Polski, do rodziców i nigdy sobie nie wyobrażałam życia gdzieś indziej. Nie czułam się na tyle źle w swoim kraju, nie brakowało mi niczego, czego mogłabym szukać za granicą.

Jednak wyjechałaś. Historia Twojej emigracji jest o tyle wyjątkowa, że przyjechałaś z miłości znalezionej w Internecie…

Tak, nigdy bym nie pomyślała, że w moim życiu coś takiego się wydarzy! Był taki moment, że wszystkie bliskie mi koleżanki w odróżnieniu do mnie miały już partnerów. Nie widząc nic złego w zawieraniu znajomości internetowych postanowiłam spróbować tej drogi. Któregoś pięknego dnia napisał do mnie chłopak z Kaiserslautern. W ogóle nie wiedziałam gdzie to jest, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bardzo miło nam się rozmawiało, ale tak szczerze, to na początku nie traktowałam naszej znajomości poważnie – właśnie z racji odległości, która dla mnie była nieosiągalna. Rozmawiałam z Darkiem tylko i wyłącznie z uprzejmości, później przyjaźni, ale nie traktowałam go jako potencjalnego kandydata na swojego przyszłego partnera życiowego. Jednak w pewnym momencie to on przejął inicjatywę, zabiegał o częstsze rozmowy, dzięki niemu przenieśliśmy się z komputera na telefon, usłyszeliśmy nawzajem swoje głosy i nie ukrywam, że dzięki jego staraniom chciało mi się poznawać go jeszcze bliżej.

W rezultacie doszło do pierwszego spotkania…

Tak. Zaczęliśmy się regularnie widywać. Raz w miesiącu albo ja jechałam do Darka, albo on odwiedzał mnie w Poznaniu. Ponadto codziennie godzinami rozmawialiśmy na Skypie. Nie wiadomo kiedy nasza znajomość przerodziła się w coś poważnego.

Ile czasu upłynęło od Waszej pierwszej rozmowy do Twojej przeprowadzki do Niemiec?

Półtora roku.

Kto wyszedł z inicjatywą wspólnego zamieszkania?

Zostałam tak wychowana, że jako kobieta oczekiwałam pierwszych sygnałów od mężczyzny i sama nigdy nie wychylałam się przed szereg, aczkolwiek w duszy już czułam, że tego chcę. Kiedy zatem w końcu padła taka propozycja ze strony Darka – od razu się zgodziłam.

Z czego musiałaś zrezygnować decydując się na tę wielką życiową zmianę? W Polsce prowadziłaś już wtedy dość ustabilizowane życie..

Owszem, miałam pracę, którą lubiłam. Byłam pracownikiem biurowym w Ośrodku Szkolenia Kierowców, ciągle miałam kontakt z ludźmi, pracowałam w przyjemnej atmosferze, to było naprawdę fajne, ale niestety niezbyt satysfakcjonowały mnie warunki finansowe. W gruncie rzeczy wypowiedzenie zaniosłam bez większego bólu serca.
Dużo trudniej było mi zrezygnować z przyjaźni, z kontaktu z bliskimi, z rodzicami, z którymi mieszkałam i spędzałam dużo czasu. Musiałam nagle zerwać ze swoimi wszystkimi przyzwyczajeniami.

Jak rodzice przeżyli Twój wyjazd?

Oj, strasznie! Wiedziałam, że mama będzie płakała, bo moja siostra kilka lat wcześniej wyjechała do Portugalii, ale zawsze blisko miała jeszcze mnie. Ja nigdy nie uciekałam z domu, lubiłam spędzać czas z rodziną, czasami zamiast wyjść w weekend na tańce wolałam posiedzieć z nimi, po prostu byłam. Reakcji mamy się spodziewałam, ale totalnie zaskoczyło mnie zachowanie taty, który przy pożegnaniu szlochał i zalał się łzami. Wtedy poczułam, że w tym momencie nie tylko dla mnie coś się kończy.

Depresja emigracyjna… Przeżyłaś to?

Tak i to bardzo szybko po przeprowadzce. Z natury jestem osobą bardzo radosną, otwartą, ciekawą świata, a tutaj nie umiałam się odnaleźć. Pomimo, że Darek robił wszystko żeby mi pomóc, to ja się całkowicie wycofałam, zamknęłam w sobie do tego stopnia, że on mnie musiał wyprowadzać na spacery, bo sama bałam się wyjść z mieszkania.

Jak myślisz, co było główną przyczyną? Tęsknota za domem, czy niewystarczająca znajomość języka?

Zdecydowanie bariera językowa. Nagle przeraziła mnie myśl, że nie potrafię się swobodnie porozumieć, że załatwienie prostej sprawy,  jak chociażby zakupy, jest w tym momencie ponad moje możliwości. Strach przed kontaktem z Niemcami mnie paraliżował, bałam się ośmieszenia. Sama siebie nie poznawałam i nagle dotarło do mnie, że nie potrafię być tutaj szczęśliwa, pomimo tego, że jestem szczęśliwa w związku. Długo musiałam uczyć się czerpania radości z pobytu w tym kraju.

Żałowałaś kiedykolwiek, że rozpoczęłaś tę internetową znajomość?

Nie, nigdy.

Niedawno wzięliście z Darkiem ślub cywilny. Dużo formalności musieliście załatwić, żeby pobrać się w Niemczech?

O dziwo więcej załatwiania miał Darek, pomimo, że ma dwa obywatelstwa. Ja musiałam tylko dostarczyć z Polski przetłumaczony akt urodzenia oraz dokument potwierdzający zdolność małżeńską.

Brałaś kiedykolwiek pod uwagę, że możesz stanąć na ślubnym kobiercu w kraju innym niż Polska?

Nigdy! Dla mnie ślub był zawsze bardzo istotny i chciałam go wziąć w Polsce.

Żałujesz, że tak się ostatecznie nie stało?

Nie, bo niewykluczone, że kiedyś weźmiemy w Polsce ślub kościelny. Poza tym tutaj wszystko przebiegło bardzo sympatycznie, najbliżsi mi ludzie dotarli i byli razem z nami. Jedyne czego trochę mi żal, to że moi rodzice oraz siostra nie rozumieli ani słowa z oprawy całej ceremonii. Wiem, że przez to nie mogli jej przeżyć tak, jakby pewnie chcieli.

Dziś pracujesz jako sprzedawca w sklepie z markową bielizną w galerii handlowej, ale po drodze chwytałaś się różnych zajęć: byłaś kelnerką, sprzątałaś w niemieckich domach… Jak oceniasz te doświadczenia i ludzi, których przy okazji poznałaś?

Kiedyś sama myśl, że będę tutaj musiała podjąć jakąś pracę była szokująca. Już sam kurs językowy i wyjście do ludzi przysporzyły mi wiele stresu. Pierwsza praca jaką podjęłam była z założenia sposobem na doskonalenie języka w praktyce. Tak trafiłam do włoskiej restauracji, gdzie oprócz obsługiwania klientów przyszło mi zmywać ciężkie gary, myć podłogi i sprzątać zaplecze. Jakby tego było mało to wszystko w ciężkiej atmosferze fundowanej przez właścicieli lokalu.

Czułaś wtedy, że przez to, że jesteś Polką jesteś traktowana jak człowiek drugiej kategorii?

Niestety tak. Najbardziej irytowało mnie to, że nieuprzejme traktowanie płynęło ze strony Włochów, którzy przecież też kiedyś tu przyjechali, nie byli u siebie, a sam fakt, że mówili biegle po niemiecku do niczego ich nie upoważniał. Momentami traktowano mnie jak głupią, a jedyna różnica między nami była taka, że nie potrafiłam jeszcze wystarczająco wyrażać swoich myśli ze względu na braki w słownictwie. Naprawdę źle wspominam tamto doświadczenie.

Jakie miałaś relacje z Niemcami, dla których pracowałaś?

Dużo lepsze. Sprzątałam w kilku domach, nie powiem, że sprawiało mi to przyjemność, bo nigdy nie sądziłam, że będę musiała tak zarabiać na życie, ale uznałam, że żadna praca nie hańbi. Muszę przyznać, że traktowano mnie tam z szacunkiem i w efekcie do tej pory utrzymuję dobry kontakt z poznanymi w ten sposób ludźmi. Zdobyłam też nowe doświadczenie, którego nikt mi nie odbierze.

Jak udało Ci się zdobyć posadę w sklepie?

Zupełnie przypadkowo. Podszkoliłam niemiecki, zrobiłam certyfikat B2, a następnie  zaczęłam wysyłać dużo CV w przeróżne miejsca, w których widziałam dla siebie jakieś szanse. Po niedługim czasie otrzymałam telefon z zaproszeniem na rekrutację, udało się i tak pracuję już drugi rok. Nadal nie mówię dobrze po niemiecku, ale widocznie klientom to szczególnie nie przeszkadza, bo skarg jak dotąd nie było.

Jak Ci się pracuje w niemieckim otoczeniu?

I tu muszę przyznać, że się bardzo pozytywnie zdziwiłam. Wcześniej nie miałam dobrego zdania o Niemcach, odbierałam ich jako bardzo wyniosły naród i może również z racji historycznych zaszłości byłam do nich uprzedzona. Natomiast teraz muszę uczciwie przyznać, że nigdy nie odczułam przy nich, że jestem gorsza, nigdy mnie nikt nie obraził. Ze strony klientów spotykam się wyłącznie z życzliwością i zrozumieniem, pomimo że zdarza mi się popełniać błędy podczas rozmowy i z pewnością wiedzą, że nie pochodzę stąd.

Z pewnością masz klientki z różnych krajów, czy zauważyłaś jakieś szczególne cechy kobiet konkretnych narodowości? Kogo najbardziej lubisz obsługiwać?

Czasami różnice widać… Niemki są strasznie sympatyczne, o dziwo Polki bywają nieuprzejme, nieraz nawet nie chcą rozmawiać po polsku, ale i to nie jest regułą, Włoszki również średnio lubię, Muzułmanek się trochę boję, ale to tylko moje subiektywne odczucia. Ogólnie większość klientek jest miła i praca z nimi to przyjemność.

A jak wygląda organizacja pracy i relacja z szefostwem?

Z tymi relacjami bywa różnie, ale to jak wszędzie, zależy na jakiego człowieka trafimy. Ogólnie nie narzekam. Natomiast samo planowanie pracy, zasady, porządek i kontrola są rzeczywiście dość rygorystyczne. „Ordnung muss sein!” Na tę chwilę mi to odpowiada, jestem zadowolona, aczkolwiek docelowo chciałabym zajmować się czymś innym.

Myślisz o czymś konkretnym?

Z wykształcenia jestem doradcą zawodowym i mam nadzieję, że kiedyś będę mogła realizować się w tej dziedzinie. Ale do tego muszę jeszcze doskonalić język.

Czy życie z daleka od komfortu, który daje nam rodzina i znane od lat otoczenie pozwala uwierzyć w siebie?

Jestem dumna z tego, co udało mi się tutaj osiągnąć, choć częściej uświadamia mi to mój mąż, bo sama jestem wobec siebie bardzo krytyczna. Podsumowując poprzedni rok uznałam doprawdy, że był udany, bilans 2016 także zapowiada się pozytywnie, także póki co widzę, że zmienia mi się życie, zmieniam się ja sama, ale to jeszcze nie jest moment, w którym czuję się tak w pełni zadowolona. Nadal mam wiele obaw, ale z pewnością jestem już inną osobą niż ta przerażona wszystkim Dorotka w pierwszym roku po przyjeździe. Nareszcie kupuję w piekarni chleb, który lubię, a nie pierwszy lepszy w Lidlu, gdzie było go łatwiej wziąć z półki bez słowa.

Powiedz, jakie jest dziś Twoje pierwsze skojarzenie ze słowem “dom”?

To nie jest proste. W rozmowach z rodzicami słowa “dom” używam tylko i wyłącznie w odniesieniu do tego w  Polsce, bo jest mi niezręcznie nazwać domem miejsce, w którym teraz mieszkam. Ale w głębi duszy czuję, że tutaj też mam już dom. Do domu wracam po pracy, dobrze i bezpiecznie się w nim czuję, czeka tam kochający mąż, z którym wszystko praktycznie od zera urządzaliśmy. W zasadzie mogę powiedzieć, że mam dwa domy: ten rodzinny w Poznaniu i obecny tutaj.

Bierzecie jeszcze pod uwagę opcję zamieszkania w Polsce?

Raczej nie. No chyba, że wydarzy się coś, co zmieni naszą decyzje i postanowimy, że wracamy. Życie pisze różne scenariusze, nie wszystko da się od początku do końca zaplanować. Tutaj dobrze się żyje, chyba łatwiej niż w Polsce, w takim sensie, że można sobie na więcej rzeczy pozwolić. Przyjeżdżając tutaj musiałam się pogodzić z myślą, że wyjeżdżam z Polski na czas nieokreślony i zaakceptowałam taki stan rzeczy. Tęsknię za polskim językiem, kulturą, za swobodą, której tutaj jeszcze nie posiadam, za zwyczajnymi rzeczami, niemniej jednak tutaj żyje mi się dobrze.

A za czym z Polski tęsknisz najbardziej (poza rodziną)?

Niestety wyjazd zweryfikował moje przyjaźnie i dziś więcej bliskich znajomych mam tutaj niż w Poznaniu. Za to kiedy jestem w Polsce uwielbiam odwiedzać miejsca, które dobrze znałam, w których czułam się swobodnie. Tęsknię za wspólnymi zakupami z mamą i siostrą, tego mi bardzo brakuje, albo żeby iść na rynek do znajomej kawiarenki, albo znów, żeby idąc ulicą już na sam widok jakiegoś miejsca przypominać sobie jego charakterystyczny zapach, np. kawy, która tam serwują, czy czekolady. Tutaj tego nie znam.

Formalnie nadal jesteś Polką. Skorzystasz, gdy kiedyś pojawi się możliwość zmiany obywatelstwa na niemieckie?

Na obecną chwilę czuję się Polką – nie Niemką i gdybym teraz miała taką możliwość, to bym ją odrzuciła, ale nie wiem co będzie w przyszłości. Czas pokaże.

Rozumiem. Powiedz mi jeszcze na zakończenie, czego mogę Ci życzyć na najbliższe lata… jakie jest Twoje marzenie?

Chyba język, żebym go szybko przyswoiła w zadowalającym mnie stopniu, choć wydaje mi się, że to potrwa jeszcze z 50 lat… (śmiech).