Językowe przypadki, czyli ja kontra niemiecki

Na początku myślisz tak:

Jak będę na miejscu, to pójdzie gładko!
To nie może być takie trudne!
Daję sobie kilka miesięcy i będzie dobrze!
Inni mogli, to dlaczego nie ja?!

 

 

Tak… tak właśnie było w moim przypadku. Przyjechałam do Niemiec pełna wiary w siebie i swoje zdolności lingwistyczne. Zdawałam sobie sprawę z poziomu znajomości niemieckiego w moim wydaniu…a w zasadzie nieznajomości, bo wszystkie słówka i zasady gramatyczne wkuwane w czasach liceum, leżały od dawna pod grubą warstwą mentalnego kurzu. Po prawdzie – nawet pod kilkoma. Niespecjalnie się tym jednak przejmowałam, bo wierząc w opinie mądrych ludzi – “języka najlepiej nauczysz się na miejscu”, “ani się obejrzysz, a już będziesz szprechać”, “nawet nie będziesz musiała się specjalnie męczyć”… Ja, humanistka z wyboru i natury, jakżeby mogło być inaczej!?

Pierwsze tygodnie w kranie języka obcego są jak jazda na rollercoasterze. Na zmianę euforia z przerażeniem. Bo tu coś zrozumiałaś (yes, yes, yes!!!) – znak, że lata nauki nie poszły na marne, tu nawet coś rzekłaś i cię zrozumiano (szczyt radochy), po czym uświadamiasz sobie, że część była po angielsku, a druga pokazana na migi (zaszczyt to, czy porażka?). Generalnie sobie radzisz, jakoś funkcjonujesz w zaszyfrowanym przez niby-enigmę świecie, ale stopniowo duma powoli zaczyna ustępować miejsca czemuś innemu… Twoje wewnętrzne JA nie szaleje z satysfakcji, a coraz bardziej zaczyna trząść portkami za każdym razem, kiedy  ktoś odwraca się w Twoją stronę i już widzisz, że za chwilę otworzy usta, z których padnie pytanie. Nawet w domu, z dala od ulicznego bełkotu, tętno Ci skacze, kiedy tylko usłyszysz dźwięk domofonu… i się wahasz, czaisz, walczysz sama ze sobą: otworzyć, czy nie otworzyć – oto jest pytanie! Bo zaraz stanie się TO, bo zaraz przyjdzie ci się zmierzyć z niebezpieczeństwem, już czujesz, że TO stopniowo przybiera na sile, tak – poznajesz to uczucie, tak – BOISZ SIĘ! Boisz się tylko dlatego, bo nie rozumiesz, bo nie potrafisz odpowiedzieć tak, jak kiedyś: z uśmiechem na ustach, bo już zanim usłyszysz pytanie, w Twoich oczach widać przerażenie, a na facjacie grymas braku pewności siebie. Już na starcie traktujesz rozmówcę jak potencjalnego wroga – niech szybko mówi o co mu chodzi (ale jednocześnie powoli i wyraźnie) i idzie skąd przyszedł, bo musisz przecież ochłonąć i pomyśleć jak można było mu odrzec poprawniej…

Bywało i tak. Doskonale znam TO uczucie.

Tuż po przeprowadzce zdecydowałam, że muszę jak najszybciej pokonać swoje strachy i zapisać się na kurs językowy. Po krótkim wywiadzie środowiskowym okazało się, że nie będzie to wcale takie proste – po pierwsze: był listopad i większość kursów była w toku, w grupach pełne obłożenie, a co więcej – wszystkie słono kosztują, jak na emigranta bez pracy.

Znalazłam jednak szkołę, która oferowała ciekawe warunki: nowy, półroczny, intensywny kurs od stycznia, zajęcia od poniedziałku do piątku, od 8:00 do 13:00, koszt 120 €/mies., ale po zdaniu egzaminu końcowego zwracają połowę kosztów. Postanowiłam skorzystać!

Na pierwsze zajęcia szłam z sercem w gardle. Dzięki Bogu poznałam wcześniej Dorotę i wiedziałam, że nie będę jedyna z Polski. Po przekroczeniu progu sali wykładowej uderzyły mnie dwie rzeczy: jak tu kolorowo! – w sensie narodowościowym oraz jak tu dojrzale! – w sensie wiekowym. Okazało się, że mając 26 lat byłam najmłodszym członkiem grupy. Najstarszy kolega: Wladimir z ławki obok, liczył sobie 67 wiosen i ewidentnie nie przybył tam dobrowolnie, ale o tym później.

Nasza “klasa” składała się początkowo z 20 osób. Oprócz 3 Polek byli obywatele m.in. z Litwy, Ukrainy, Rosji, Kazachstanu, Azerbejdżanu, Iranu, Turcji, Kolumbii, Włoch, Rumunii i Egiptu. Nigdy wcześniej nie miałam okazji obracać się w tak międzynarodowym gronie, byłam zatem niezwykle ciekawa, co z tego wyniknie. Naszą wykładowczynią była młoda i przesympatyczna Turczynka, która od dziecka wychowywała się w Niemczech. Dzięki jej otwartości i poczuciu humoru udało nam się szybko zintegrować i w miłej atmosferze chłonąć wiedzę.

Jak wyglądała nauka? Oczywiście od samego początku wszystkie zagadnienia omawialiśmy po niemiecku. Większość z nas na starcie miała znikome pojęcie o tym języku, przez co wyjaśnienie niektórych kwestii tylu osobom z różnych krajów, była dla prowadzącej nie lada wyzwaniem. Ale trzeba uczciwie przyznać – dawała radę! Po kilku tygodniach nauki było już jasne, kto faktycznie przychodzi się uczyć, a kto po to, aby odsiedzieć swoje 6 godzin i pójść wreszcie tam, gdzie niemiecki nie sięga (teoretycznie oczywiście).

Spora grupa uczestników kursu była na nim z przymusu. Wśród nich mój ulubiony kolega Władziu*. Wygląda to mniej więcej tak: przyjeżdża do Niemiec obcokrajowiec. Nie zna języka, nie ma pracy, nie ma za co żyć. Dostaje zasiłek od państwa, ale pod pewnymi warunkami. Jednym z nich jest obowiązek aktywnego poszukiwania pracy, podnoszenia swoich kwalifikacji, a przede wszystkim nauki języka. Jobcenter (urząd zajmujący się bezrobotnymi) sponsoruje nie tylko zajęcia, ale również wszelkie materiały, pokrywa nawet koszty dojazdu. Tak na marginesie, nie wiem jak z kontrolą w tym zakresie, bo sama byłam świadkiem, jak to uprawnieni do bezpłatego kursu uczestnicy odbierali pieniążki na bilet miejski, a pod szkołę podjeżdżali nowiutkimi toyotami i innymi błyszczącymi czterokołowcami z setkami rumaków pod maską…

W owej “urzędowej” grupie stosunek uczących się aktywnie, do tych obecnych na zajęciach tylko ciałem, był mniej więcej porównywalny. Stwarzało to pewne obawy. Istniała groźba, że kompletnie obojętna wobec nauki grupa, będzie nam zaniżała poziom i spowalniała tempo. Na szczęście stało się inaczej. Prowadząca, po wstępnym rozpoznaniu, wiedziała już z kim może pracować. Resztę próbowała doprawdy motywować, straszyć, zachęcać, raz kijem, raz marchewką, ale próżny trud… Głową muru nie przebijesz.

A ja? Zależało mi na maksymalnym wykorzystaniu możliwości, jakie niesie za sobą taki kurs, dlatego na kilka miesięcy wcieliłam się ponownie w rolę uczennicy. I tak: szkoła, praca domowa, słówka, czytanki, ćwiczenia… Po kilku tygodniach zauważyłam, że coś się dzieje…! Nagle, jadąc autobusem przez miasto, zdałam sobie sprawę, że nie wiadomo kiedy, zaczęłam rozumieć reklamy, szyldy na sklepach, tablice informacyjne. Miasto zaczęło do mnie mówić! W radio potrafiłam rozpoznać poszczególne słowa (nie to, że zrozumieć, ale przynajmniej oddzielić i przetłumaczyć w słowniku), bo wcześniej wszystkie wydawały mi się jednym wielkim bełkotem. Jak to cieszyło, jaką dawało satysfakcję i mobilizację do dalszej nauki. W międzyczasie doszły krótkie pogawędki z sąsiadami, które nareszcie mogłam sobie uciąć. Wcześniej ucinałam w zalążku ich dobre zamiary. Moje sztandarowe zdanie w tamtym okresie brzmiało: “Ich spreche kein Deutsch”.

We wrześniu czekał nas egzamin. Telc, poziom B1. Stres jak na maturze, miesiąc oczekiwania na wyniki i informacja… Zdałam! Radość była wielka, ale dziś już wiem, że przedwczesna… Fakt – ten kurs otworzył pewne drzwi, pozwolił odrobinę oswoić się w nowych warunkach, nawiązać nowe znajomości, nabrać pierwszego obycia z niemieckim w wydaniu niemieckim, a nie polskim, bo to przecież dwa różne światy… Zaczęłam rozumieć, zaczęłam mówić, pisać, czytać. Potrafiłam załatwić podstawowe sprawy w mieście jak np. zakupy, rozmowa w urzędzie, na poczcie, czy u lekarza. Jednak najważniejszą wiedzą, którą tam otrzymałam, było uświadomienie sobie jak wiele jeszcze nie umiem, ile przede mną, ile czasu i pracy będzie kosztowało nauczenie się obcego języka na tyle, aby poczuć się pewnie w każdej sytuacji. Minęły dwa lata, a ja uczę się dalej…

Tak na marginesie… Miejsce, w którym żyjemy posiada wiele zalet, ale obok nich na prowadzenie wysuwa się jedna zasadnicza wada… język właśnie! Niemiecki to, ale jakby chiński… Na ulicy, w pracy, w sklepie…niby mówisz tym swoim poprawnym, świeżutko wyuczonym Hochdeutschem, a w odpowiedzi słyszysz – zamiast równie pięknej odpowiedzi – jakieś zmutowane COŚ, czego nijak nie kumasz, nie pojmujesz, nie powtórzysz nawet! Ha! Co to takiego – dialekt tutejszy nieszczęsny. Ale o tym innym razem 🙂

 

*Władziu pochodził z Kazachstanu. Większość życia spędził mknąc zozryrotaną ciężarówką po ruskich szosach. Niegdyś niestraszne mu były siarczyste mrozy, wielometrowe zaspy, brak wody, prądu czy gazu… Władziu wszystko pokona! No prawie wszystko… z niemieckim postanowił bowiem nawet nie zaczynać. Przez cały kurs siedział obok mnie. Szpakowaty, lekko łysawy dziadzio z niepowtarzalnym złotym uśmiechem (nie, nie – to nie żart), wiecznie wyluzowany, na powitanie rzucający rosyjskie cukierki na stół, po zajęciu miejsca rzucający półgłosem w moją stronę: Paulina! Hausaufgaben?! Przez resztę lekcji rzucający miliardowe spojrzenia na zegar wiszący centralnie przed nami. Jedno z pierwszych i nielicznych słów, jakich nauczył się Władzio to PAUSE. Od tamtego dnia mieliśmy w grupie strażnika przerw. Cordell Walker nie miałby szans! Nigdy nie przeoczył żadnej nawet o sekundę 🙂
Egzaminu Władziu nie zdał, ale zupełnie się tym nie przejmował.