Emigracja a przyjaźnie

 Człowiek jest istotą stadną. Lubimy mieć wokół siebie zaufane grono ludzi, z którymi czujemy się bezpiecznie, ale jednocześnie swobodnie. Z którymi możemy się śmiać, bawić, czcić nasze sukcesy lub opłakiwać porażki. Niektórym znalezienie prawdziwego przyjaciela przychodzi z łatwością, a inni muszą go szukać przez wiele lat, doznając przy tym serii porażek i zawodów. Trochę podobnie jak podczas poszukiwań TEGO lub TEJ jedynej.

W moim życiu przyjaźń istniała odkąd tylko pamiętam. Zawsze była co najmniej jedna osoba, do której można było zadzwonić choćby w środku nocy z gwarancją, że zostanie się wysłuchanym. Wraz z upływem czasu zmieniało się otoczenie, zmieniały się problemy, podejście do wielu spraw, ale jedno ciągle pozostawało constans – przyjaciele u boku.
Tak się składa, że w moim przypadku są to same kobiety. Jedne jeszcze z czasów podstawówki, kolejne poznane w liceum i następne na studiach. Nie wymieniałam jednych na drugie. Jedne zostawały, kolejne dołączały. Zaufane grono poszerzało się z roku na rok. Oczywiście w międzyczasie ewaluowała forma i natężenie spotkań z poszczególnymi dziewczynami, z jednymi kontakty stawały się nieco rzadsze, z innymi częstsze, co ze względu na zmieniające się warunki naszego życia, było rzeczą naturalną. Jedno się jednak nie zmieniało – poczucie, że nadal są i będą ważną częścią mojego życia, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to nie zawiodą. I w drugą stronę: że jeśli one będą potrzebowały wsparcia, to ja jestem do dyspozycji, przecież dzieli nas zaledwie kilka, no góra kilkadziesiąt kilometrów…

Emigracja.

Mój wyjazd zmienił wszystko. Odległość między nami trzeba już było liczyć w tysiącach. Nagle uzmysłowiłam sobie, że oprócz narzeczonego, nie mam na obcej ziemi nikogo! On podobnie. Całe grono naszych naprawdę sprawdzonych przyjaciół zostało daleko stąd. Pojawiła się obawa, czy to w ogóle przetrwa, czy odległość nie zniszczy tego, o co przez tyle lat dbaliśmy, co jest nam tak bliskie i potrzebne.

I tu czas na puentę – myślę, że po ponad trzech latach od tamtego czasu mogę sobie na nią pozwolić – EMIGRACJA NIE JEST ZAGROŻENIEM DLA PRAWDZIWEJ PRZYJAŹNI. Chcieć, znaczy móc! 🙂

Zbudowanie trwałych relacji międzyludzkich wymaga zrozumienia, zaangażowania i poświęcenia. Jeśli się trochę postaramy, to wszystko jest możliwe, tak też było w naszym przypadku. Odległość – ok, nie była ułatwieniem, ale też nie okazała się być przeszkodą nie do pokonania. Jakimi sposobami? Proszę bardzo.

Przede wszystkim postanowiliśmy, że przynajmniej kilka razy w roku jedziemy w odwiedziny do Polski. Do rodziny i przyjaciół. Trzy, czy cztery wizyty w roku, podczas których staramy się każdego odwiedzić są dla nas czasem maksymalnie intensywnym, może odrobinę męczącym, ale przede wszystkim niesłychanie radosnym i satysfakcjonującym. I co się okazuje – Ci, którzy zostali w Polsce, nierzadko wcale nie spotykają się częściej. Natłok codziennych obowiązków powoduje, że nie ma już czasu na tyle grillów, imprez czy posiadówek przy kawie, co kiedyś. Dzieci, prace, kredyty, obowiązki… to wszystko skurczyło ilość wolnego czasu do minimum. Nasz przyjazd staje się teraz często priorytetem. Nagle wszyscy dostosowują swoje plany, do nas, bo my tylko na kilka dni, bo musi się udać. I udaje się! Te dni są dla mnie świętem, czekam na nie niecierpliwie i na miejscu dostaję najlepszy prezent z możliwych – drugiego człowieka! Człowieka, który nadal pozostaje tak bliski, choć na co dzień tak odległy geograficznie.

Dla nas ci ludzie są jak rodzina. Nie możemy być z nimi zawsze, kiedy byśmy chcieli, ale są pewne chwile, dla których warto się poświęcić. Dwukrotnie jechaliśmy do Polski tylko na weekend, na ślub, któregoś z nich. Bo przecież nie mogło nas tam nie być w tak ważnej chwili! Jedyną rzeczą, która nas raz zatrzymała była moja choroba, inne przeszkody da się pokonać. Pomimo zmęczenia – nie żałowaliśmy. Oni na naszym ślubie też się stawili. Wszyscy 🙂

Na codzień mamy kontakt wirtualny. Fejsbuki, łotsapy, skajpy… to daje nieograniczone możliwości, w dodatku – za darmo! Słyszymy swoje głosy, widzimy twarze, przesyłamy zdjęcia: nasze, naszych dzieci, nowych mieszkań, czy nowych fryzur. Jesteśmy na bieżąco.
W tym szaleństwie jest metoda 🙂

Emigracja nie dość, że nie zabrała mi przyjaciół, to umożliwiła poznanie kolejnych fantastycznych ludzi. Nie znamy się tak długo, nie przeżyliśmy tyle wspólnych chwil, ale to żaden problem. Łączy nas odległość od rodziny, od ojczyzny, mamy podobne problemy, możemy się wzajemnie wspierać, pomagać, wymieniać doświadczeniami. Tak się złożyło, że moimi przyjaciółkami są same Polki. Kobiety, które mogę w pełni zrozumieć, które wychowały się w podobnej kulturze, które cenią podobne wartości. Nie szukam przyjaźni na siłę, bo mam już solidne zaplecze, ale co poradzić, kiedy na swojej drodze spotykasz osoby, z którymi mógłbyś przegadać miliardy godzin i każda wspólnie spędzona chwila dodaje ci energii i chcesz jeszcze… Przyjaźń nie jest limitowana.

Chyba jestem szczęściarą. Jadąc do Polski cieszę się, że lada dzień spotkam moje dziewczyny, a wracając do Niemiec – podobnie!
Przeczytałam ostatnio następujący cytat autorstwa Andrzeja Majewskiego:

„O war­tości człowieka świad­czy lis­ta je­go przy­jaciół, o po­pular­ności – lis­ta je­go wrogów”.

Na popularności mi nie zależy, ale przyjaciół mam najlepszych!


P.S. Dziękuję, że jesteście 🙂