Pod angielskim niebem – historia Joanny

Znamy się z czasów studenckich. Zawsze uśmiechnięta, serdeczna, otwarta – oto cała Asia. Wymarzona kandydatka na nauczycielkę. Pomimo ewidentnych zdolności pedagogicznych i zdobytego dyplomu, jej droga zawodowa potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Jak sama mówi: to był jej wybór i nie żałuje. Jak dziś wygląda jej życie? Szczere zwierzenia Polki z Anglii.



Jak Ci się żyje na emigracji?

Inaczej. Cały czas mam poczucie, że jestem tu tylko na chwilę. Wyjechałam z Polski z narzeczonym, dziś już mężem, dlatego to, co najważniejsze mam obok siebie, ale ze względu na to, że nasza cała rodzina została w Polsce, to nie planujemy tutaj zostać. Póki co jest dobrze, cieszymy się, że mogliśmy zarobić trochę pieniędzy, ale mimo wszystko tęsknimy za polskim życiem i planujemy powrót. Nie wiemy jeszcze kiedy, ale nie przywiązujemy się w żaden sposób do tego miejsca, w którym jesteśmy obecnie. Nie chcemy brać kredytu, nie myślimy absolutnie, o tym, żeby osiedlić się tu na dłużej.

Wyjechałaś do Anglii, gdzie dokładnie mieszkasz?

Ponad trzy lata temu przyjechaliśmy do Bristolu i mieszkamy tu do dziś. Miasto leży w południowo-zachodniej Anglii i podobno jest jednym z najbardziej nasłonecznionych miast w tym kraju, ale niestety spoglądając za okno kompletnie tego nie widzę. Zimową porą ciągle leje deszcz, co już przyprawia mnie o ból głowy, depresję i całą resztę. Czekam na wiosnę! (śmiech).  
Mamy już za sobą kilka przeprowadzek, bo pomimo, iż to miasto nie jest szczególnie duże, to przedostanie się z jednego krańca na drugi w godzinach szczytu graniczy z cudem. Zazwyczaj jest tu tak, że jeśli zmieniasz pracę, to musisz również zmienić mieszkanie, aby mieć do niej jak najbliżej. My mieszkaliśmy już na trzech różnych dzielnicach.

Podobnie jak ja, jesteś absolwentką polonistyki. Jeszcze z czasów studiów pamiętam, że miałaś świetne podejście do dzieci, dobre warunki do zostania nauczycielem i o ile się nie mylę, to chciałaś pracować w zawodzie. Co się zatem wydarzyło, że Twoje życie potoczyło się inaczej?

Tak, chciałam któregoś dnia zostać nauczycielką, ale jak dotąd nie szukałam pracy w szkole. Po ukończeniu studiów zdecydowałam z moim narzeczonym, że przeprowadzamy się do Warszawy (pochodzimy z Kalisza). Mieliśmy nadzieję, że tam będzie nam łatwiej dostać dobrze płatną pracę, aby móc odłożyć na wesele. I faktycznie poszło szybko, ale pracowałam w innej branży. Podczas studiów dorabiałam w Kaliszu w klubie fitness i w stolicy dzięki mojemu doświadczeniu dostałam się do wielkiej firmy zajmującej się tego typu usługami. Szybko jednak okazało się, że fatalnie trafiłam… Typowe korpo, gdzie nie liczy się człowiek, tylko wyniki. Była to moja najgorsza praca z dotyczasowych. Potem imałam się jeszcze innych zajęć, ale nigdy nie było to nauczanie.

Dlaczego wyjechaliście z Warszawy?

Po kilku miesiącach pobytu zdaliśmy sobie sprawę, że pomimo dobrych zarobków, strasznie dużo kosztuje nas utrzymanie. Nie było nas stać na oszczędzanie. Stopniowo coraz częściej myśleliśmy o emigracji i któregoś dnia trafiła się okazja. Nasi znajomi mieszkający w Anglii szukali akurat współlokatorów, postanowiliśmy wykorzystać tę szansę i wyjechaliśmy do nich.

Jak dziś określiłabyś przyczynę wyjazdu: wolny wybór, czy konieczność ze względów finansowych?

Zdecydowanie wolny wybór. Oczywiście wizja wyższych zarobków była istotnym czynnikiem, ale oprócz tego brałam pod uwagę to, że tutaj będę mogła podszkolić angielski, zdobyć nowe doświadczenia, których z Polsce nie zaznam, no i przeżyć jakąś przygodę. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, to pewnie szukalibyśmy jeszcze innej pracy w Warszawie.

Gdybyś mogła jeszcze raz podjąć tę decyzję, to byłaby taka sama?

Myślę, że tak. Wyjazd tutaj wiele mi dał. Miałam okazję pracować w różnych miejscach i na różnych stanowiskach. Mogłam dużo podróżować i zdobywać rozmaite doświadczenia.

Czym się przez te lata zajmowałaś w Bristolu? Jaka była Twoja droga do miejsca, w którym jesteś obecnie?

Pierwszą pracę znalazłam bardzo szybko. Byłam kelnerką w restauracji, ale z powodów osobistych odeszłam po niespełna trzech miesiącach.
Z nową pracą również nie było problemu, szybko znalazłam posadę w hotelu, ale nie popracowałam tam zbyt długo, ponieważ przeprowadziliśmy się na inne osiedle i nie było sensu dojeżdżać. W nowym miejscu z zatrudnieniem też szybko poszło, trafiłam ponownie do restauracji, gdzie na początku byłam kelnerką, a następnie supervisorem. Tam zostałam na dłużej, bardzo mi się podobało, miałam przecudowne międzynarodowe towarzystwo, wszyscy byli wobec siebie uprzejmi i pomocni, a dodatkowo miałam świetną okazję, żeby podszkolić angielski. Jedynym minusem tej pracy był problem z otrzymaniem urlopu. Jako supervisor musiałam być w restauracji codziennie, tymczasem zbliżała się data naszego ślubu i musiałam koniecznie poświęcić więcej czasu na organizację przyjęcia w Polsce. No i czas dla narzeczonego… przez ładnych kilka miesięcy ciągle się mijaliśmy, postanowiliśmy więc, że coś trzeba z tym zrobić i zaczęliśmy się rozglądać za posadami z bardziej elastycznym czasem pracy.

Udało się?

Tak. Nasza znajoma pracowała w firmie, w której schemat pracy wyglądał tak, że 4 dni pracujesz po 12 godzin, ale kolejne 4 dni masz wolne. Uznaliśmy, że to by nam odpowiadało i również się tam zatrudniliśmy.

Czym się tam zajmujecie?

To jest duża firma produkująca jogurty. Kamil zajmuje się robieniem baz, a ja opisywaniem, ważeniem, sprawdzaniem jakości, pakowaniem i wysyłaniem dalej.

Jest to ciężka praca dla kobiety?

Praca jest łatwa, banalna i… monotonna. Największym minusem jest dla mnie to, że przestałam się rozwijać. Nie uczę się już języka, bo pracuję w większości z Polakami, nie dostaję różnorodnych zadań, tak jak w restauracji, kiedy musiałam codziennie rozwiązywać nowe problemy. Teraz non stop robię to samo od rana do wieczora.

Czy Twoje wyobrażenia o życiu na emigracji pokryły się z rzeczywistością?


Przed przyjazdem tutaj raczej nie wyobrażałam sobie jak to wszystko będzie wyglądało. Wyjechaliśmy dość spontanicznie i po prostu przyjęłam, to co tu zastałam jako coś naturalnego.

Spodobało Ci się życie emigranta?

Od samego początku byłam zachwycona. Wiadomo – tęskniliśmy za rodziną i znajomymi z Polski, ale warunki, na które tu trafiliśmy bardzo nam odpowiadały, bo wszystko było dla nas nowe, inne i bardzo ciekawe. Dzięki temu, że mamy 4 dni wolnego w tygodniu, zaczęliśmy częściej wyjeżdżać i zwiedzać… to nam daje naprawdę ogromną frajdę i cieszę się, że możemy sobie na to pozwolić.

To może jednak zostaniecie na zawsze?

W pewnym momencie trzeba będzie wybrać. Dla nas ważna jest rodzina i myślę, że na to postawimy. Poza tym, nie wiadomo jak będzie wyglądało życie tutaj po Brexicie. Podejrzewa się, że wiele rzeczy codziennego użytku może wtedy zdrożeć i jeśli warunki nam się pogorszą, to na pewno nie będziemy tutaj mieszkać na siłę. I jeszcze jedno – tu nigdy nie poczujemy się jak u siebie.

Jak decyzja o Brexicie wpłynęła na nastroje Polaków z Twojego otoczenia?

Z tym wiąże się wielkie zamieszania i wiele niewiadomych, ale większość Polaków przyjęła tą nowinę bardzo spokojnie. Nikt nie wierzy, że nagle Anglicy nie będę potrzebowali naszej pomocy w osadzeniu wielu stanowisk pracy. Ci, którzy są tu już od wielu lat nie boją się o swoje prace, część ma domy, pozaciągane kredyty. Nie sądzę, żeby nagle ktoś miał ich stąd wyrzucić. Myślę, że problem mogą mieć nowoprzybyli, bo z tego co wiem, to teraz od marca wzrosła liczba formalności i trudniej uzyskać tzw. insurance number, co jest niezbędne do załatwienia stałego pobytu. Generalnie w kwestii Brexitu panuje chaos, chyba sami politycy nie wiedzą jak powinno się ten proces przeprowadzić, nie ma jeszcze żadnych konkretnych wytycznych, które by nas dotyczyły. Póki co czekamy, ale naprawdę bez nerwów.

Jak zmieniła Cię emigracja?

Hmm… Na pewno jestem odważniejsza. Sama rezerwuję bilety, jadę na lotnisko i lecę do innego kraju i to bez stresu. Kiedyś wyjazd do Warszawy był nie lada wyzwaniem. Oprócz tego mam o wiele lepszy angielski i to też dodaje pewności siebie. Taka chyba bardziej obyta się zrobiłam (śmiech).
Ponadto przekonałam się na własnej skórze, że to co się nam w Polsce mówi o zagranicy, że tam jest wszystko lepsze, piękniejsze, bogatsze… nie zawsze przystaje do rzeczywistości. Bywa naprawdę różnie. Na pewno dużo racji jest stwierdzeniu, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

A jest coś, co Ci przeszkadza w Anglikach?

Chyba nic mnie w nich nie denerwuje. Są jacy są, wiedziałam, że są inni, ale to nie znaczy, że miałabym ich nie lubić. Na pewno Anglicy są bardzo miłym narodem. Zawsze uśmiechnięci, pomocni, kulturalni. Czasami mam wrażenie, że ta uprzejmość jest trochę na pokaz, bo owszem, z uśmiechem ustąpią ci miejsca w autobusie, ale bywa, że na boku ich mina się zmienia o 180 stopni, co nie zmienia jednak faktu, że nawet jak im się coś nie podoba, to zagryzają zęby, ale kultura być musi. W kolejkach do autobusów zawsze panuje porządek, stoją równiutko, to naturalne, że wszyscy wsiadają w takiej kolejności, w jakiej dotarli na przystanek, nikt się nie przepycha. Na drodze też pełna kultura, jeden kierowca przepuszcza drugiego. W drzwiach często starsi przepuszczają młodszych… trochę to dziwne, ale naprawdę często się zdarza. Większość Anglików jest bardzo “polite”.

Bez względu na wiek?

W zasadzie, to ostatnio zauważyłam, że te młode pokolenia trochę się różnią. Zawsze mili są starsi Anglicy, a młodzież często bywa roszczeniowa. Częściej zdarzają się niechlujni i bardziej bezpośredni. Nie stosują tych wszystkich grzecznościowych formułek. Widać różnicę, niestety na niekorzyść młodych, ale może to nie tylko w Anglii tak wygląda.

Po tych trzech latach pobytu czujesz się już pewnie w środowisku, do którego trafiłaś?

Raczej tak. Ze wszystkimi wyzwaniami, które przede mną stanęły potrafiłam sobie poradzić, w codziennych rutynowych sprawach także daję radę, miasto znam już bardzo dobrze, język nienajgorzej… także chyba jest ok. Czuję się tu dobrze i swobodnie.

A propos języka – ten angielski przywieziony z Polski okazał się wystarczający do życia i komunikacji w Anglii?

To jest zupełnie inny angielski. Do porozumiewania się z innymi emigrantami był wystarczający, ale zrozumieć Anglika było bardzo trudno. Ich akcent brzmiał dla mnie przedziwnie. Bardzo podszkoliłam się pracując w restauracji, gdzie na co dzień musiałam rozmawiać z klientami. Od razu zauważyłam genialne efekty, zaczęłam mówić płynnie, a teraz znowu mam problemy, oczywiście przez to, że mam za dużo styczności z polskim.

Spotkałaś się kiedykolwiek z nietolerancją wobec Ciebie jako Polki?

Nigdy. Nie słyszałam nawet, żeby ktokolwiek źle mówił o Polakach. Nie wiem, co tak naprawdę Anglicy o nas myślą, ale na pewno nie pozwalają sobie na żadne złośliwe uwagi.


Masz dyplom magistra, a tam przyszło Ci pracować fizycznie. Nie miałaś problemów z podjęciem pracy poniżej kwalifikacji?

Oczywiście, że miałam! Tyle lat się uczyłam, wydałam mnóstwo pieniędzy, bo magisterkę robiłam zaocznie i co – mam iść sprzątać w hotelu? Było mi niesamowicie ciężko i po 3 miesiącach powiedziałam: koniec, rezygnuję! Późniejsza posada supervisora była już bardziej zadowalająca, a praca jaką wykonuję obecnie była moim świadomym wyborem. Nikt mnie nie zmuszał, nikt nie namawiał. Zawsze jest coś kosztem czegoś. Nie znajdę tutaj pracy w zawodzie, bo polskie szkoły prowadzą zajęcia tylko w soboty i nie dam rady się z tego utrzymać. Jak wrócę kiedyś do Polski, to będę szukała pracy jako nauczycielka, tymczasem tutaj robię to, z czego są realne pieniądze.

Czy typowemu statystycznemu Polakowi, który wyjeżdża do Anglii łatwo przychodzi zarobienie na godne życie, na utrzymanie siebie i rodziny tam na miejscu?

Hmm… nie mam pojęcie jak wygląda sytuacja rodzin z dziećmi, bo my dziecka nie mamy i trudno mi ocenić wydatki. Powiem na przykładzie dwóch osób dorosłych. Jeśli oboje mają pracę, nawet za minimalną pensję, to nie będzie im się źle żyło. Wystarczy im na opłacenie rachunków i życie na średnim poziomie. Większość ludzi tutaj zarabia na podobnym poziomie, oczywiście pomijając tych, którzy sprawują kierownicze stanowiska. Zazwyczaj ludzie żyją spokojnie, mają mieszkanie, samochód i kilka razy w roku mogą sobie pozwolić na urlop gdzieś za granicą. I nie mają oszczędności, co miesiąc wydają niemal wszystko to, co zarobią. W naszym przypadku, gdyby pracował tylko mój mąż, to zarobiłby na utrzymanie, ale nic poza tym, żadnych wakacji, a już o odłożeniu pieniędzy nie mówiąc.

 

Widok na Bristol

Informacje o zarobkach są jawne? Wiesz na przykład, czy Polak na równoległym stanowisku zarabia tyle samo co Anglik?

Myślę, że tak. U nas w firmie nie ma problemu z uzyskaniem informacji ile kto zarabia. Co miesiąc otrzymujemy tzw. “pay slip”, czyli dokument z rozliczeniem. Jest on doprawdy w zalakowanej kopercie, ale nikt się nie kryje, wszyscy sobie pokazują, także wiem, że przynajmniej na moim stanowisku wszyscy mamy tyle samo.
Minimalna pensja to teraz 7,20 £  i na początku tyle się zarabia, ale już po niedługim czasie jeśli się sprawdzisz to zazwyczaj dostajesz 8-9 £. To do razu widać w ogłoszeniach o pracę. Oczywiście częściowo zależy to od kwalifikacji, doświadczenia, ale na pewno nie od narodowości.
Kiedyś doprawdy koleżanka opowiadała mi, że na posadę w biurze szukano wyłącznie Anglików, także może wyjątki się zdarzają, ale naprawdę rzadko.

Co było najtrudniejsze w zorganizowaniu sobie tutaj życia zaraz po przeprowadzce? Mieszkanie, praca, czy może jakieś formalności?

Problem z mieszkaniem odpadł, bo wprowadziliśmy się do znajomych, oni nam też bardzo pomogli w wielu formalnych sprawach, ale duży kłopot mieliśmy z założeniem konta w banku. W wielu różnych placówkach odmawiano, ponieważ nie mogliśmy udowodnić pod jakim adresem mieszkamy. Nie mieliśmy jeszcze wtedy żadnej korespondencji na ten adres, a wszystko przez to, że dopiero się przeprowadziliśmy. W końcu jednak znaleźliśmy bank, w którym pracował Polak i się udało.

Gdybyś mogła cofnąć czas do momentu, w którym decydowałaś o swojej przyszłości, to ponownie wybrałabyś studia polonistyczne, czy wiedząc jak to potoczy się dalej, dokonałabyś wtedy zmian?

Zastanawiałam się nad tym kiedyś, ale ciężko mi odpowiedzieć. Bo gdybym cokolwiek zmieniła, to pewnie nie przeżyłaby tego, co przeżyłam, a ja jestem szczęśliwa. Poza tym nie wiem nawet na jakie inne studia miałabym, żeby mieć gwarantowaną pracę. W dzisiejszych czasach nic nie jest pewne.

Czy wyjazd zmienił w jakikolwiek sposób relacje z rodziną i znajomymi z Polski?

Dzięki nowoczesnej technologii jesteśmy w stałym kontakcie z rodziną, wiemy co się u kogo dzieje, nie czujemy się jakoś strasznie wyizolowani, ale czasami mi żal, że nie możemy brać udziału w ważnych uroczystościach, urodzinach, zjazdach rodzinnych. Jak jestem w Polsce staram się zawsze być z bliskimi jak najdłużej, poza tym mam ciągle tą świadomość, że jak zechcę, to do nich polecę. To nie jest problem.
Co do przyjaciół, to kontakty stały się rzadsze, ale to nie jest tak, że wina leży po mojej stronie, bo wyjechałam. Wiem, że to naturalna kolej rzeczy, zakładamy swoje rodziny, mamy prace, mniej czasu, także spójrzmy prawdzie w oczy – nawet w Polsce byłoby trudno się umówić i spędzać wspólnie tyle czasu, co kiedyś. Jak wracam do Polski zawsze staramy się spotkać choć na chwilę, ale i to bywa czasami trudne.

Czy emigracja według Ciebie jest dobra dla każdego? Jakie cechy powinien posiadać człowiek, który planuje rozpocząć życie w innym kraju?

Hmm… to może być trudne dla kogoś, kto planuje pracować tylko i wyłącznie w swoim zawodzie, bo na miejscu może się zdziwić, przynajmniej na początku. Warto dążyć do swojego celu, ale tuż po przyjeździe trzeba być elastycznym. No chyba, że wyjeżdża się do pracy, którą już wcześniej sobie znaleźliśmy.
Myślę też, że emigracja może być ciężka dla osoby samotnej. Warto mieć jakieś wsparcie, chyba, że posiadamy naprawdę twardy charakter. Ja nie wyobrażam sobie życia tutaj bez męża.

Zdarzyły Ci się jakieś wpadki, albo zabawne zdarzenia związane np. z niedostateczną znajomością języka, prawa lub kultury angielskiej?

Pamiętam jak pierwszy raz pojechałam do marketu na zakupy. Dopiero się urządzaliśmy i potrzebowałam kilka rzeczy do kuchni, pomyślałam, że to przecież żadna filozofia zrobić zakupy w sklepie samoobsługowym, więc wrzuciłam do koszyka kilka produktów, podchodzę do kasy, pani zeskanowała moje zakupy i nagle prosi mnie o dowód. Ja w szoku, bo nie brałam ani alkoholu ani papierosów i kompletnie nie rozumiem po co jej moje dokumenty. Ona pokazuje na zestaw widelców i noży, które wybrałam. Ja nadal nie rozumiem, dowodu nie mam przy sobie, pokazuję jej więc moją kartę rabatową do jakiegoś innego sklepu, bo pomyślałam, że może potrzebuje tylko moje nazwisko. Biedna kobieta poddała się, machnęła ręką i kazała iść dalej. Później dowiedziałam się, że tutaj mają prawo poprosić cię w sklepie o dowód jeśli nie wyglądasz na 25 lat, a kupujesz alkohol, papierosy lub… noże! Teoretycznie masz prawo je kupić po ukończeniu 18 roku życia, ale jak nie wyglądasz na 25 lat to sprawdzają.

Jak wyglądają Twoje relacje z innymi Polakami? Wspieracie się, czy jest rywalizacja?

Krążą pogłoski, że na Polaków trzeba uważać, że pracując u rodaka musisz się liczyć z wyzyskiem, ale nie wiem ile w tym prawdy… W kręgu moich polskich znajomych nikt mnie nie zawiódł i śmiało mogę powiedzieć, że to są już moi przyjaciele. Ale faktycznie czasami jedni Polacy ostrzegają przed innymi.

A wśród Anglików też panuje takie przekonanie, że na Polaka trzeba uważać?

Nie, Anglicy nie rozumieją, dlaczego jeden rodak na drugiego tak mówi, zamiast się wzajemnie wspierać. W ich kulturze jest inaczej.

Mówi się, że życie w Anglii jest drogie, możesz powiedzieć ile kosztuje u Was chleb?

To zależy jaki. Ogólnie pieczywo tutaj jest bardzo kiepskie, smakuje jak chleb tostowy i kosztuje tak średnio 1.0 – 1.50 funta. Jedzenie jest tutaj stosunkowo tanie w porównaniu z Polską, bo jak przykładowo zarabiam tysiąc funtów i chcę na zakupy przeznaczyć 150 funtów to zrobię spokojnie zapasy na dwa tygodnie, a w Polsce za 150 złotych… sama wiesz.

A wynajęcie średniego pokoju lub mieszkania?

W ciągu ostatnich trzech lat ceny drastycznie poszły w górę. Bristol jest drugi po Londynie pod względem cen. Takie dwupokojowe mieszkanie gdzieś na obrzeżach miasta, to minimum 750 funtów, do tego opłaty, podatek. Trzeba liczyć około 1000 funtów.

Przeliczasz jeszcze?

Clifton Suspension Bridge

Nie, to mija z czasem. No może jedynie czasami takie większe wydatki, jak bilety lotnicze, czy noclegi.

Za czym z Polski tęsknisz najbardziej?

Nie mogę powiedzieć, że za jedzeniem, bo mam bardzo dużo polskich sklepów. Mogłabym tęsknić za kinem, ale mamy tu możliwość oglądania filmów po polsku, także też odpada. Tutaj w zasadzie nie ma zimy, rzadko kiedy temperatura spada poniżej zera, ale za tym też już nie tęsknię, nie wiem jak w Polsce ponownie się przyzwyczaję do mrozów. Nie wiem za czym tęsknię…Chyba najbardziej tęsknie za rodziną i przyjaciółmi.

Żyjesz jeszcze polskim życiem? Śledzisz aktualne wydarzenia, czy już nie?

Nie muszę, bo robi to mój mąż i regularnie zdaje mi relację.

Z tego, co się dzieje w Anglii również?

To trochę mniej, ale mam polubione na Facebooku różne serwisy informacyjne, które dostarczają mi ciekawe newsy. Wybieram i czytam tylko te, które w jakiś sposób mnie dotyczą jako emigranta, czy mieszkańca Bristolu.

Co Ci się kojarzy ze słowem dom?

Polska! Tylko i wyłącznie.

A co dalej? Jakie plany?

Póki co żyjemy sobie spokojnie, ale jak już mówiłam coraz częściej myślimy o powrocie. Nasz cel został już zrealizowany, bo chodziło o to, żeby odłożyć gotówkę na wesele. Udało się, ale nie ukrywam, że pozostał mały niedosyt i oszczędzamy dalej. Chcemy jeszcze trochę odłożyć przed powrotem do Polski. Nie będą to zawrotne kwoty, które wystarczyłyby na kupno domu, ale zawsze to coś. Ile to potrwa… nie wiem.

A gdzie planujecie wrócić: do Warszawy, czy Kalisza?

Chyba w okolice Kalisza. Zależy gdzie znajdziemy pracę. Warszawa jest za droga.

 

 

 

Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum bohatera wywiadu