Mój pierwszy dzień na obczyźnie

Zamarłam.
– Jak to nie chce odpalić?! – z siłą pocisku wbiłam w niego swoje przerażone oczy, licząc na to, że znajdę tam choć namiastkę nadziei. Daremnie. Jedyne co ujrzałam to bezradność i może jeszcze poczucie winy.
– Nie wierzę, zrób coś! – krzyknęłam jeszcze, choć doskonale wiedziałam, że to na niewiele się zda. Programista z niego świetny, ale mechanik mizerny. Byliśmy ugotowani!

Dochodziła 11:00. Spotkanie z właścicielką mieszkania było zaplanowane na 12:00, a na 15:00 podpisanie umowy o pracę. Po ponad dziesięciu godzinach podróży, w trakcie których pokonaliśmy 1000 km na trasie Polska – Niemcy, wyglądaliśmy już trochę jak Zombi. Całą noc nie zmrużyliśmy oka. Mieliśmy odpocząć na miejscu.

Żeby nie tracić czasu na przebijanie się na drugi koniec miasta, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, mój wspaniałomyślny narzeczony stwierdził, że zatrzymamy się na chwilę gdzieś na uboczu, on szybko wskoczy z dresów w jakiś bardziej przyzwoity outfit i zdążymy jeszcze na spokojnie wypić kawkę. Brzmiało kusząco. Tym oto sposobem zjechaliśmy w (wydawać by się mogło) śliczny zakątek pobliskiego lasu, który w jesiennym słońcu mienił się złotym blaskiem. Nagle poczuliśmy, że wpadamy! Wielka dziura w pokrytej liśćmi dróżce wciągnęła nas ochoczo. Zawieszenie naszego, skądinąd niemieckiego auta, boleśnie odczuło wyboje polnej drogi. Silnik zgasł. Ja cierpliwie milczałam. Damian – lekko poddenerwowany, przekręcił kluczyk w stacyjce i … udało się! Działa, ulga, luz… jedziemy dalej, a w zasadzie, to już nie, bo miejsce okazało się idealne do postoju, który zaplanowaliśmy wcześniej.

Po szybkim rozprostowaniu kości i ogarnięciu świeżej garderoby, mój narzeczony w świetnym humorze zasiadł za kierownicą. – Jeszcze tylko zatankuję i idziemy coś zjeść! – obiecywał.
Z pobliskiej stacji paliw odjeżdżałam marząc już o gorącej, pachnącej kawie i świeżutkiej drożdżówce do kompletu. Nagle silnik zgasł. Nie zdążyliśmy nawet wydostać się na drogę. Damian, lekko zdziwiony, próbował pośpiesznie uruchomić auto. Udało się, ruszyliśmy, przejechaliśmy nawet kilka metrów, po czym nastąpił znany nam już ciąg zdarzeń: szarpnięcie, prychnięcie, stop, cisza. Silnik zdechł ponownie.
Tym razem na amen.

Zrobiło mi się gorąco. Nerwowo zerknęłam na lewo, gdzie blady jak ściana kierowca próbował wywiercić kluczykiem dziurę w stacyjce. – Chyba dalej nie pojedziemy – usłyszałam. – Nie chce odpalić… – rzekł odkrywczo.

W mojej głowie zawrzało. Próbowałam trzeźwo ocenić sytuację. Bilans nie był pocieszający: utknęliśmy gdzieś w totalnie obcym mieście, bez znajomości języka, bez żadnej zaufanej osoby w pobliżu, głodni, zmęczeni, bez pomysłu na to, co w ogóle nas uziemiło i jak z tego wybrnąć. Jakby tego było mało, auto, które właśnie nam się rozkraczyło nie było nasze – moi rodzice pożyczyli nam je na pierwszą podróż do Niemiec, bo było większe i wygodniejsze od naszego. Kiedy ja – nieruchoma od nerwów – próbowałam poskładać myśli, Damian zaczął działać. Wysiadł, zaczął oglądać auto dookoła, podglądać pod spód, po czym oświadczył, że coś tam kapie. W międzyczasie pod autem uzbierała się już niezła kałuża tego “czegoś”. Nie potrafił jedynie zidentyfikować cóż to za ciecz. Moja cierpliwość była na wykończeniu.
– Dzwonię do taty! – wykrzyknęłam. – Ani mi się waż, tylko go zdenerwujesz, a i tak nam tutaj nie pomoże – powstrzymał mnie. Brzmiało sensownie.
Co robić, co robić??? – kotłowało się w mojej głowie. Nagle przypomniało mi się, że przed wyjazdem rodzice wspominali, że mają wykupione ubezpieczenie assistance i w razie czego możemy skorzystać. Niespecjalnie się wtedy na tym skupiłam, ale w tym momencie zaczęłam nerwowo poszukiwać w dokumentach numeru na infolinię. To była nasza jedyna deska ratunku. Już po chwili przemiła pani w słuchawce poinformowała mnie spokojnym głosem, że i owszem, ubezpieczenie jest, ale obejmuje pomoc wyłącznie na terenie kraju. Polskiego kraju.

– Ołłł nooołłł!!! – krzyczało moje wnętrze. Ponowne uderzenie gorąca wbiło mnie w fotel. A miało być tak pięknie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że taka akcja na samym początku życia w nowym miejscu, to chyba nie najlepsza wróżba…

Dalej sprawy potoczyły się dość szybko: Damian pobiegł do pobliskiego serwisu samochodowego, gdzie owszem wyrażono chęć pomocy, ale niestety marka naszego auta nie była ich specjalnością, zatem jedyne co uprzejmi panowie mogli nam zaoferować, to wezwać lawetę. Na myśl o kosztach, jakie nas czekają bolała mnie głowa i czułam ścisk w portfelu…ale co poradzić, mądry Polak po szkodzie.

W oczekiwaniu na mającą nadejść pomoc udało nam się nieco poprzekładać godziny umówionych wcześniej spotkań. Przynajmniej z tym nie było problemu. Ludzie jacyś ugodowi w tym kraju… jedyne pocieszenie.

Po niedługim czasie podjechał starszy pan z lawetą. Jego wiek jak się później okazało nie był ułatwieniem, bo niewielu przedstawicieli jego pokolenia posługuje się tu angielskim, co sprowadziło efektywność naszej komunikacji werbalnej do poziomu zerowego. On swoje, my swoje. Trzeba było użyć języka migowego. Kilka minut później zmierzaliśmy już w stronę właściwego serwisu, uświadomieni przez owego pana, że to co kapie nam z auta to na szczęście nie olej i nie paliwo… przynajmniej tyle. Przejażdżka okazała się wyjątkowo krótka (nie wiedzieć czy pech to, czy szczęście).

Na miejscu fachowcy wnikliwie rzucili okiem na nasze ówczesne źródło motoryzacyjnej niedoli i zakomunikowali, że potrzebują kilku godzin, aby ocenić rozmiar usterki i koszt czekającej nas naprawy. Zadzwonią jak coś będzie wiadomo. W sumie nam to na rękę, bo w międzyczasie pozałatwiamy resztę.

Taksówką pojechaliśmy na spotkanie w sprawie mieszkania. Pod podanym adresem czekał już makler, po chwili przybyli właściciele. Wszyscy konkretni, rzeczowi, ale przy tym również niezmiernie mili i pomocni. Stopniowo odzyskiwałam nadzieję na to, że może jakimś cudem dopisze nam tu choć odrobina szczęścia.
Mieszkanie od razu przypadło nam do gustu. Było nawet ładniejsze niż na zdjęciach. Ulga nie do opisania. Decyzja szybka – bierzemy! Umowę podpisaliśmy w biurze nieruchomości, gdzie podwiozła nas właścicielka mieszkania (jedna taksówka mniej). Tam utknęliśmy na ponad dwie godziny, bo umowa owszem, była gotowa, ale … po niemiecku. Trzeba było zatem tłumaczyć… jakieś naście stron, zdanie po zdaniu, od ogólnych warunków, po najmniejsze detale związane w mającym nadejść użytkowaniem naszego mieszkania. A że słownictwo specjalistyczne nie było ani naszą ani ich mocną stroną, to i słownik trzeba było otworzyć i narysować co nieco. W końcu uroczyście mogliśmy złożyć podpisy i odetchnąć z ulgą.
W międzyczasie zadzwonili z serwisu. Auto naprawione, szczegóły przekażą na miejscu. No to jedziemy! Ponownie podwiozła nas Susanna – czyt. parę euro w kieszeni więcej.
Niemiecki mechanik mówił bardzo dobrze po angielsku, nie było więc mowy o niezrozumieniu treści. W naszym aucie NIC nie było zepsute. N -I – C. Prawdopodobnie chwilowo zawiesił się immobiliser w kluczyku i dlatego auto nie chciało odpalić. Zrestartowali komputer i śmiga jak nowy. Staliśmy jak wryci! – Ale numer… – tyle tylko byłam w stanie wykrztusić.
– Ile płacimy? – zapytał serwisanta Damian…

 

Podsumowanie poniesionych kosztów:

laweta – 50 € (bo blisko)

taksówka – 7 € (bo blisko)

naprawa nieuszkodzonego auta – 15 € (bo poświęcili mu zaledwie kilka minut)

stres – niemożliwy do wycenienia

Wnioski:

trzeba bylo zadzwonić do taty (on wiedział, jak naprawić tę usterkę w 2 minuty)

koniecznie opłacić miedzynarodowy asisstance (gdyby mialo sie coś naprawdę zepsuć)

z auta po długiej podróży kapie woda (z klimatyzacji) i jest to zupełnie naturalne

mieszkanie w małym mieście przynosi korzyści finansowe (wszędzie blisko – laweta i taksówka nie zarobi)

tubylcy pomocni (dobry znak na przyszłość)

 

Około 17:00 podjechaliśmy naszym sprawnym(!) autem pod hotel. Wszystko załatwiliśmy, zadanie wykonane, jedyny cel na ten dzień to odpoczynek: upragniony, wymarzony, wytęskniony sen w wygodnym łóżku. Chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak wyczerpana. Podróż i stres, jakiego doświadczyliśmy kompletnie unicestwiły moje zapasy energii. I kiedy myślałam już wyłącznie o spokojnym zakończeniu tego szalonego maratonu, okazało się, że w  hotelu czekała na nas kolejna niespodzianka. Brak pokoju, który zarezerwowaliśmy!

– Jakim cudem?! – spojrzenia moje i Damiana spotkały się wpół drogi. Recepcjonista nie potrafił wyjaśnić przyczyny. Pocieszył nas szybko, żebyśmy się nie martwili, bo pokój jest, tylko…trochę inny. Wzięliśmy co było, perspektywa latania po mieście i szukania właściwego lokum odstraszała mnie bardziej niż opcja spania na korytarzu. Tym sposobem dostaliśmy przepiękny pokoik… tyle, że z kategorii “dla palących”, do której żadne z nas nie należy.
Jaki tam unosił się aromat… słów brak! W normalnych warunkach nie zasnęłabym tam za żadne skarby świata, ale to nie był normalny dzień, to nie byłam normalna ja. Po pięciu minutach przestałam się dusić, po ośmiu nie czułam już różnicy, a po dziesięciu spałam jak dziecko.

Nazajutrz wyruszyliśmy z samego rana w drogę powrotną. Jaki to był cudowny dzień! Piękna pogoda podkreślała uroki krajobrazów, które mijaliśmy po drodze. Malownicze wzgórza, wstęgi autostrad, połacie winnic, urokliwe miasteczka gdzieś w dolinach. Dopiero teraz mogliśmy dostrzec to, co przegapiliśmy dzień wcześniej. Wyspane oko, spokojna głowa, dobry humor – to prawdziwi towarzysze podróży. W tych sprzyjających warunkach na spokojnie dotarliśmy do domu i rozpoczęliśmy przygotowania do przeprowadzki w niezupełnie już nieznane…

P.S.
Dwa tygodnie później wyjechaliśmy do Niemiec na stałe i żyjemy tu do dziś. Bez większych problemów 🙂

 

Wpis powstał w ramach projektu wiosennego Klubu Polki na Obczyźnie. 
Więcej ciekawych opowieści z pierwszych dni Polek w nowych krajach znajdziecie tutaj:
http://klubpolek.pl/projekt-wiosenny-pierwszy-dzien-w-moim-kraju/