Bajkowa opowieść

Polka w najsłynniejszej wytwórni bajek i filmów? Dlaczego nie!? Współczesny emigrant to przecież nie tylko hydraulik, czy pielęgniarka. Polacy z powodzeniem zdobywają wysokie stanowiska w znanych, światowych firmach. Marta jest jedną z nich. Co złożyło się na jej sukces? Jak trafiła do studia filmowego i czym się tam zajmuje? Co sądzi o Anglikach i jak jej się żyje w Londynie? Zapraszam na wywiad.


 

Jaka jest Twoja ulubiona bajka?

Moja ulubiona bajka, taka jedna z najulubieńszych, to “Piękna i Bestia”. Klasyk. Ciężko mi nawet powiedzieć dlaczego, ale to zdecydowanie ta.

Mieszkasz obecnie w Londynie. Jak wyglądało Twoje życie w Polsce i dlaczego wyemigrowałaś?

Mój wyjazd zdarzył się przypadkowo. Tak się złożyło, że mój narzeczony jest Anglikiem. Poznałam go, kiedy studiowałam w Londynie, później przez jakiś czas byliśmy znajomymi, ja w międzyczasie wróciłam do Warszawy, ale przyjaźń przekształciła się w coś poważniejszego. Przez jakiś czas żyliśmy na odległość, ale w pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać i zaczęłam się rozglądać za pracą w Anglii, bo nie chciałam być tam od kogokolwiek zależna. W Warszawie żyło mi się bardzo dobrze, nic mi nie przeszkadzało, miałam ciekawą pracę z perspektywami, także, gdyby nie chłopak, to pewnie bym nie wyjechała.

Trudno było Ci znaleźć pracę w Londynie?

Wysłałam tylko jedno CV i odezwali się już następnego dnia.

A kiedykolwiek wcześniej myślałaś o opuszczeniu Polski i spróbowaniu swoich sił w innym kraju?

Zaraz po studiach miałam taki moment, kiedy nie za bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Pracowałam wtedy trochę jako freelancer, zajmowałam się tłumaczeniami i nauczaniem angielskiego, a ponieważ mój tata od wielu lat mieszka w Kanadzie, to miałam ciągle świadomość, że jeśli nie znajdę w Warszawie żadnego ciekawego pomysłu na siebie, to wyjadę do niego i spróbuję szczęścia tam. Nie zrobiłam tego, bo trafiła mi się ciekawa praca. Dostałam się do studia post-produkcji filmowej, w którym pracowałam aż do momentu wyjazdu do Londynu. Tak się poukładały moje losy, że już później nie kusiło mnie, żeby ruszać w świat.

Pochodzisz ze Stargardu, ale sporą część swojego życia spędziłaś w dużych miastach. Od zawsze ciągnęło Cię w kierunku wielkiego świata?

To było trochę skomplikowane. Po maturze dostałam się na studia w czterech miastach: Londynie, Warszawie, Poznaniu i Vancouver.

Brzmi ciekawie… i co wybrałaś?

Wtedy akurat miałam chłopaka w Polsce, więc zrezygnowałam z Kanady, bo to byłoby za daleko. Jestem też bardzo zżyta z rodziną. Pomyślałam więc, że Londyn to fajna alternatywa, żeby połączyć moją ciekawość świata i chęć przygody z życiem towarzyskim. Wybrałam zatem Wielką Brytanię, w której nigdy wcześniej nie byłam. Niestety system edukacji nie był tam na tyle zadowalający, aby mnie zatrzymać. Po roku postanowiłam, że jeśli dostanę się na na polski uniwersytet, to wracam. I tak się stało.


Studiowałaś tam anglistykę?

Coś w tym stylu, dokładnie Applied Linguistics & English Language. Przeżyłam szok, kiedy na pierwszych zajęciach z gramatyki studenci nie wiedzieli co to jest rzeczownik, czy czasownik.

Naprawdę? Aż tak źle?

Serio. Poza tym tam w jednym semestrze mieliśmy trzy przedmioty. Kiedy przeniosłam się do Warszawy, okazało się, że na tym samym kierunku mam ich piętnaście. Roczny materiał z londyńskiej uczelni przerobiliśmy w Polsce w dwa tygodnie. Różnica była niewiarygodna.

A kiedy po latach wróciłaś do Londynu, to nie miałaś żadnych problemów z komunikacją? Polskie studia faktycznie dobrze Cię do tego przygotowały?

Historia mojej nauki angielskiego jest bardziej skomplikowana. Mój tata od bardzo dawna mieszka w Kanadzie i dzięki temu, że często do niego jeździłam, nauczyłam się języka już w dzieciństwie. Spędzałam tam niemal całe wakacje i to przyszło tak naturalnie. W czasach liceum, kiedy jechałam do Kanady, mój angielski był na tyle dobry, że większość ludzi nie była w stanie stwierdzić, że nie pochodzę stamtąd. Jednak po wyjeździe do Londynu na studia, pierwszego dnia przeżyłam szok! Nie potrafiłam rozszyfrować akcentu, stwierdziłam, że nic nie umiem i nie wiedziałam jak ja sobie tam w ogóle poradzę. Ale to była kwestia tygodnia. Potrzebowałam kilku dni, żeby się osłuchać i przyzwyczaić do tej odmienności. Dzisiaj wygląda to tak, że w Kanadzie uważają, że jestem bardzo brytyjska, a w Wielkiej Brytanii, że kanadyjska (śmiech).

Pracujesz w jednym z największych studiów filmowych na świecie.* Czym się tam zajmujesz?

 

To jest trochę trudno wyjaśnić. Kiedy mówię, że pracuję w dubbingu, to wszyscy myślą, że podkładam głosy do postaci z naszych produkcji, a niestety tak nie jest. Moja praca jest o wiele mniej glamour. Zajmuję się produkcją dubbingową, ale od strony administracyjnej, czyli zarządzam projektami. Organizuję produkcję dubbingu na całą Europę, w zależności od tego, na jakie języki i jakie tytuły dostaję zamówienia. Moją działką jest głównie telewizja.

 


Możesz zdradzić jakieś ciekawostki z firmowego życia w studiu filmowym? Jakieś wyjątkowe przywileje, super eventy?

Jest bardzo dużo takich rzeczy. Jak trochę tam popracujesz, to wszystko blaknie i wydaje ci się, że tak jest wszędzie, ale jak czasami oprowadzam kogoś nowego, to widzę jakie to robi wrażenie. Przede wszystkim biura są bardzo kolorowe, wszędzie jest pełno zabawek, postaci z naszych filmów i bajek, w windzie gra muzyka z naszych najnowszych produkcji. Bywa bardzo zabawnie, bo np. czasami siedzisz spokojnie w swoim biurze, a tu nagle przychodzi…ktoś przebrany za jedną z postaci! Można się nawet przestraszyć. Pomimo tego, że ja skupiam się na telewizji, to wciąż podlegam pod dział filmów kinowych, więc zdarza się, że dostajemy bilety na premiery i możemy przejść się po czerwonym dywanie razem z największymi gwiazdami. W ogóle firma bardzo dba o to, abyśmy wiedzieli, co się dzieje w branży, także u konkurencji, dlatego co wtorek mamy po pracy pokazy w kinie (na dole w budynku). Naprawdę jest sporo różnych atrakcji…

Ile osób pracuje w londyńskim biurze?

Ogólnie około dwa tysiące. Jest to siedziba regionalna, więc podlega pod nią wiele rozmaitych działów. Ja pracuję w studio, gdzie jest około stu osób, a w moim dziale dubbingu jest nas około dwudziestu.

Jakie było Twoje pierwsze wrażenie po tym, jak tam trafiłaś? Jak Cię przyjęto?

Bardzo, bardzo miło. W ogóle nie czułam, że jestem nowa. Mam niesamowicie miłych ludzi w biurze i wszyscy bardzo się lubią, panuje rodzinna atmosfera, często razem wychodzimy, świętujemy wspólnie także wydarzenia z naszego prywatnego życia. Naprawdę bardzo łatwo było mi wejść w to środowisko. Ludzie, których poznałam bardzo mi ułatwili zadanie. Wiadomo – zawsze jest się trochę zestresowanym, bo nie wiadomo czego się spodziewać, tym bardziej, że mnie rekrutowano przez Skypa, więc wszystko było dla mnie wielką niewiadomą.

Jesteś tam jedyną Polką?

Od niedawna mam w dziale polską koleżankę, ale wiem, że oprócz nas jest jeszcze kilka osób. W Hiszpanii dyrektorem marketingu od filmów kinowych jest też Polka, również Marta i przez to często nas mylą. Mamy także biuro w Warszawie, które ogarnia całą Europę Środkową i Wschodnią, pracuje tam około stu osób. Tu w Londynie jest to bardzo ceniony zespół.

Czy dzięki tej pracy poznałaś jakieś gwiazdy?

“Poznałam” to trochę za duże słowo, ale podczas premier miałam okazję przejść się obok znanych osób. Firma organizuje nam także co jakiś czas okazyjne spotkania z wartościowymi ludźmi znanymi z mediów. Niedawno mieliśmy spotkanie z najstarszą dziennikarką BBC. Niesamowicie ciekawa postać z interesującą przeszłością. Takich spotkań jest sporo i zdarzają się naprawdę fantastyczne osoby.

Etat w tak dużej firmie kojarzy się z typową pracą korporacyjną. Odczuwasz negatywne aspekty tego typu zatrudnienia, czy jednak masz sporą swobodę?

To jest oczywiście korporacja, do tego amerykańska, więc jest pewna struktura i korpo-elementy, jak np. ścieżki zawodowe, rozmowa roczna, ocena, itd., ale jest to na tyle bezbolesne, że na co dzień się tego nie odczuwa. Są pewne wytyczne, których musimy się trzymać, które może czasami przedłużają pewne procesy, ale są to już na tyle utarte schematy, że nikt nie myśli o zmianach. Myślę, że w innych firmach może wyglądać to o wiele gorzej.

Ostatnio bardzo modne w wielkich firmach stają się elastyczne godziny pracy. Jak to wygląda u was? Masz prawo decydować, w których godzinach chcesz przebywać w biurze, czy obowiązuje sztywny harmonogram?

Czas pracy wynosi 7,5 godziny dziennie, ale od niedawna obowiązują tzw. “flexible hours”, a więc muszę być w biurze między 10:00 a 16:00, ale to ja decyduję, czy chcę przyjść wcześniej, czy później wyjść. No i od maja do końca września mamy wolne piątkowe popołudnia. Od 15:00 jesteśmy wolni. Najczęściej nie ma też problemu, żeby w razie potrzeby pracować w domu, bo np. czekasz na hydraulika. Mam też koleżanki, które po powrocie z urlopów macierzyńskich zdecydowały, że wolą jeden dzień w tygodniu pracować zdalnie i też nie ma problemu. Firma coraz bardziej wychodzi naprzeciw potrzebom pracownika, choć z tego co mówią mi brytyjscy znajomi to i tak nie dogoniliśmy jeszcze pod tym względem wielu tutejszych korporacji. Być może dlatego, że nasza firma jest amerykańska, dużo głównych decyzji zapada w Stanach i prawdopodobnie nie zawsze chcą tworzyć precedens dla oddziału w Wielkiej Brytanii.

Powiedz mi, czy jako pracownik jednego z wielu działów filmowej machiny masz dostęp do informacji dotyczących poszczególnych produkcji, które nie są podawane do publicznej wiadomości? Budżety, prawdziwy czas powstawania dzieła, jakieś ciekawostki z produkcji… jesteś wtajemniczona?

Najczęściej dane dotyczące budżetów nie są tajne, bo na tej podstawie wylicza się dochód z danej produkcji, także myślę, że to każdy może gdzieś odszukać, ale bywają ciekawe rzeczy, których raczej nikt spoza firmy nie wie. Realizujemy sporo bardzo prestiżowych projektów, które mają spore grono bardzo wiernych fanów. Niekiedy prawie że wyznawców, więc nacisk na bezpieczeństwo i ochronę danych przed premierą jest ogromny. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w Sony jakiś czas temu. Co dzieje się na planie danej produkcji, wiedzą tylko i wyłącznie ludzie, którzy pracują nad konkretnym filmem, obowiązuje ich ścisła tajemnica, a sami pracują w ograniczonym dostępie.  
Podobnie działo się, kiedy pracowałam jeszcze w studiu post-produkcji przy projektach kinowych Warner Bros, gdzie przy filmach typu „Batman” czy „Superman”, reżyser miał wręcz paranoję na punkcie tego, żeby nic nie wyciekło przed premierą. I dlatego np. dostaliśmy do tłumaczenia i robienia napisów wersję filmu bez obrazu – jedynie ze ścieżką audio. Było totalnie czarne tło, słyszeliśmy tylko dźwięk i jedynie co jakiś czas pojawiało się na ekranie małe kółko z właściwym obrazem, które odsłoniło na chwilę np. głowę bohatera. Tłumacze mieli przez to ogromne problemy. Ostatecznie doszło do tego, że musieliśmy organizować dla nich prywatny pokaz filmu w poszczególnych krajach, żeby przed oddaniem ostatecznej wersji można było nanieść poprawki. To są takie absurdy naszego filmowego świata.
Podobnie było zresztą przy “Hobbicie”. Niewielu wie, że reżyser Peter Jackson do ostatniej chwili wprowadzał mnóstwo zmian i poprawek. Śmialiśmy się, że kiedy odbywała się premiera, to on jeszcze wywalał niektóre sceny i w innych krajach film ukazywał się w zmienionej formie. Naprawdę tak bywa, że film, który kosztował miliony dolarów i ma być wielkim hitem jest do ostatniej chwili nieskończony i tłumacze muszą pracować w naprawdę ekstremalnych warunkach, a nie daj Boże, żeby ci się powinęła noga!

Czy praca w studiu filmowym pozwoliła Ci spełnić jakieś marzenie z dzieciństwa?

Hmm… Ciężko powiedzieć. Od zawsze miałam dużo marzeń, ale nie przychodzi mi do głowy to konkretne, które mogło się spełnić. Dla mnie praca tutaj stała się już czymś normalnym, dopiero reakcja innych ludzi czasami uświadamia mi, że to może jest jednak coś innego, niespotykanego i fajnego. Na co dzień zżywasz się z tym i nie traktujesz za coś niesamowitego, tego, że np. dzisiaj przyjdzie do nas Helena Bonham Carter. Na pewno fajnym doświadczeniem jest to, że mogę uczestniczyć w czymś międzynarodowym. Poza tym ja lubię pracę, w której widać efekty i tutaj, kiedy na wielkim, czy na małym ekranie pojawia się już projekt, nad którym pracowałam, to poczucie satysfakcji jest niesamowite. To jest super!
Fajnym doświadczeniem są również premiery. Często ich oprawa jest naprawdę bajkowa. My nie musimy ubierać się na nie wybitnie elegancko, bo taki dress code dotyczy tylko gwiazd. Kiedy zabrałam mojego narzeczonego na jedną z premier, to był w szoku, bo wyglądało to zupełnie inaczej niż w telewizji. W 95% ludzie przychodzą w dżinsach i trampkach, a jedynie gwiazdy wyglądają wybitnie elegancko. To wszystko co mogę przeżywać w swojej pracy jest w zasadzie ukoronowaniem moich marzeń.

A marzyłaś o tym, żeby pracować w mediach?

Tak, zatem to się spełniło. Początkowo chciałam być tłumaczem audiowizualnym i faktycznie tym się zajmuję jako freelancer, ale raczej w ramach hobby. Po godzinach.

A jakie masz teraz zawodowe marzenie? Co chciałabyś jeszcze osiągnąć?

Chciałabym z czasem wrócić do kinówek. W Warszawie pracowałam w postprodukcji, moim klientem był Warner Bros i to było coś, co bardzo mnie interesowało. Obecnie zajmuję się telewizją, która też jest niezwykle ciekawa, ale wszystko działa nieco inaczej. Póki co jestem usatysfakcjonowana pozycją, którą osiągnęłam, bo bardzo dużo się tu uczę, zawsze coś się dzieje, zdobywam nowe doświadczenia, więc na razie mi to pasuje.

Myślałaś kiedyś o tym, co byś zrobiła, gdyby obecny pracodawca zaproponował Ci posadę w USA? Wyjechałabyś z Londynu bez wahania?

To wszystko zależy od warunków, jakie by mi zaproponowano. Kiedyś mieszkałam w USA, w Chicago i to była super przygoda, bardzo mi się tam podobało, ale nie wiem, czy chciałabym tam zostać na stałe. Raczej nie. Kontrakt na określony czas pewnie bym podjęła, ale docelowo wolę żyć w Europie. Pod wieloma aspektami mamy tutaj lepiej.

Najtrudniejszy moment na emigracji – kiedy i dlaczego?

To chyba wtedy, kiedy przyjechałam do Londynu na studia. Uczelnia nie spełniła moich oczekiwań, rodzina, chłopak i znajomi zostali w Polsce. Było mi wtedy trudno, ale też nie dramatycznie. Później poszło już gładko.

Jak według Ciebie Anglicy postrzegają Polaków. Kierują się stereotypami, czy do każdego podchodzą indywidualnie?

To bardzo złożona sprawa. W momencie kiedy mój narzeczony poznał moją rodzinę i znajomych z Polski, to stwierdził, że wszyscy są inni od Polaków, których poznał w Anglii. Wcześniej to byli to głównie pracownicy fizyczni, bo pracuje jako kapitan na holownikach. Ja z kolei zawodowo obracam się w trochę innym środowisku i te reakcje też są inne. Kiedy dołączyłam do studia filmowego, to jedna z moich brytyjskich koleżanek powiedziała mi, że jedyną Polką, którą dotąd znała osobiście jest jej sprzątaczka. Ale nie powiedziała tego w negatywnym kontekście. Po prostu pracowników fizycznych jest w Anglii więcej.
U mnie w firmie widzę, że Polaków bardzo się ceni, co jakiś czas zatrudniane są kolejne osoby z Polski, teraz też szukaliśmy nowej osoby i mój manager był bardzo chętny, żeby zatrudnić Polkę. Polacy, z którymi współpracujemy na co dzień mają dobre opinie, uchodzą za pracowitych, za takich, którym się chce.

A te stereotypy?

Na co dzień nie spotykam się z żadnymi przejawami takiego traktowania. Nie wiem, czy miałam tyle szczęścia, czy faktycznie Anglicy są tak otwarci. Ja doświadczyłam za to wielu przemiłych gestów z ich strony. Kiedy zapadła decyzja o Brexicie akurat byłam chora i nie pojawiłam się przez kilka dni w pracy. Po powrocie dostałam kwiaty i kilka maili z informacją jak to im przykro, że takie rzeczy się dzieją, że Anglicy, którzy o tym zdecydowali to durnie i żebym się nie przejmowała. Naprawdę w pracy mam serdecznych ludzi, czasami może nawet nadwrażliwych (śmiech).

Jak oceniasz Anglików? Lubisz ich podejście do życia i sposób bycia?

To ciekawe pytanie, bo osoby, które tu poznałam częściowo burzą stereotyp, jaki mamy w Polsce, czyli, że to zimne, zdystansowane osoby. Bardzo podoba mi się w Anglikach to, że bardzo cenią własną kulturę. Mam wrażenie, że Polakom tego brakuje. Polacy na co dzień lubią krytykować to co nasze, a jedynie w momentach tragedii potrafimy się jednoczyć. Tutaj wszyscy uwielbiają rodowitych celebrytów, muzyków, kochają rodzinę królewską i żyją jej życiem. Anglik nie ma problemu z chwaleniem własnego narodu i tego co angielskie, ale nie wynika to z arogancji, tylko z realnej więzi z własnym narodem i jego historią oraz kulturą. To jest naprawdę fajne.

A to prawda, że Anglicy miewają problemy z wyrażaniem krytyki wobec innych?

Coś w tym jest. Na firmowych spotkaniach czasami wychodzimy z niczym, bo jeden drugiego klepie po plecach, mówi co jest ok, a problem i tak nie zostaje rozwiązany. Przez to miłe usposobienie brakuje im czasami konkretnego podejścia do tematu.
Czasami przeżywam szok, kiedy idę coś załatwić z moim narzeczonym, wychodzimy z urzędu, gdzie moim zdaniem zostaliśmy bardzo dobrze obsłużeni, a Jason się mnie pyta, czy zauważyłam jaka ta pani była niemiła. Gdyby on wiedział jakie bywają panie np. w polskich dziekanatach… (śmiech) Chociaż pani Lidka u mnie w instytucie była cudowna!

Czy kiedykolwiek zdarzyło się tam w Anglii, że wstydziłaś się za Polaka, za coś co zrobił, albo czego nie zrobił, a powinien?

Bywają takie sytuacje. Ja z zasady uważam, że przebywając w innym kraju powinniśmy się jeszcze bardziej starać i dbać o wizerunek Polaka, bo jesteśmy wizytówką tego narodu, budujemy wizerunek, ale niestety sporo emigrantów, szczególnie tych pracujących fizycznie zupełnie o to nie dba. Denerwują mnie walające się po mieście puszki po polskim piwie, podpici robotnicy, którzy są głośni i robią wokół siebie zamieszanie. Nie są to częste sytuacje, ale zdarza się.

Co Ci najbardziej doskwiera w życiu w Londynie?

Najbardziej przeszkadzają mi ceny nieruchomości i wynajmu. To chyba większości młodych ludzi spędza tu sen z powiek. Poza tym kwestia tego, że Londyn jest bardzo napakowany ludźmi. Ja na szczęście mieszkam w trzeciej strefie, czyli dość daleko od największego zgiełku, pracuję także tutaj, ale jak pojedzie się do ścisłego centrum, to potrafi to być bardzo uciążliwe. Kiedy wysiadasz z autobusu, np. na Oxford Street, to od razu widzisz morze ludzi. Zrobienie zakupów w takim tłumie to niezłe wyzwanie. Mój tato jak to pierwszy raz zobaczył, choć sam na co dzień mieszka w Vancouver, to powiedział -“Dziecko, gdzie ty się przeprowadziłaś?” (śmiech)

A za co najbardziej cenisz to miasto?

Hmm… Londyn jest cudownym miastem jeśli chodzi o architekturę i położenie… ja uwielbiam rzeki, więc zdecydowanie wpisuje się w moje miejskie preferencje. Super jest to, że ciągle coś się dzieje, możesz tu robić cokolwiek ci się wymarzy. Tutaj na pewno też o wiele łatwiej zrobić karierę. Ludzie cenią cię za to co potrafisz, co sobą reprezentujesz, co wniesiesz do teamu, a nie za stosy dyplomów, czy innych papierków, które bardzo często nijak mają się do faktycznej wiedzy i talentu. Chyba łatwiej dostać tu szansę. Jeśli kogoś na początku zauroczysz sobą na tyle, żeby zdecydował się ciebie zatrudnić, to jesteś już blisko sukcesu. Później o wiele łatwiej realizować się zawodowo niż chociażby w Polsce. Myślę, że tutaj wszyscy na starcie mają wyrównane szanse, a jak sobie poradzisz, to już zależy tylko od Ciebie.

O którym miejscu na ziemi myślisz, mówiąc słowo “dom”?

Dom to chyba już na zawsze będzie mój dom rodzinny w Stargardzie, tam gdzie nadal mieszka moja mama. Tym bardziej, że moja rodzina mieszka tam już od wielu pokoleń.

A w Londynie też już się czujesz jak u siebie?

Nie wiem z czego to wynika, ale ja się wszędzie czuję jak u siebie. Tak mam. Kiedy obserwuję moją mamę, to widzę ogromną różnicę między naszymi pokoleniami. Mama uważała, że to wstyd, że nie mówi po angielsku, kiedy przyjechałam do Polski ze swoim narzeczonym z Anglii. Widzę, że w pokoleniu mamy jest pewien pierwiastek bezwarunkowej chęci zadowolenia drugiej osoby. Myślę, że to może wynikać z czasów komunizmu, albo może to kwestia osobowości. Ja uważam, że mam prawo dobrze się czuć w każdym miejscu na ziemi i tak się póki co dzieje. Nie czuję się gorsza ani w Kanadzie, ani w Londynie i przychodzi mi to bardzo naturalnie.

Może to zasługa świetnej znajomości języka?

Możliwe, choć często, zdarza się, że aby coś dokładnie zrozumieć, brakuje mi wiedzy dotyczącej angielskiej kultury, czy popkultury. Kiedy ktoś np. użyje popularnego zwrotu z jakiegoś starego brytyjskiego sitcomu, to niestety muszę dopytywać o co chodzi. Kultura amerykańska stała się bardziej powszechna na świecie, a brytyjską cały czas poznaję na własnę rękę. Mam takie zboczenie zawodowe, że jeśli czegokolwiek nie zrozumiem z czyjejś wypowiedzi, jeśli trafi się taki językowy kwiatek, to od razu szukam wyjaśnienia, muszę wiedzieć o co chodziło.

Gdybyś miała drugi raz dokonywać wyboru, to zmieniłabyś cokolwiek w swoim życiu?

Hmm… pomimo tego, że nie zawsze byłam do końca zadowolona z tego, jak sprawy się potoczyły,  to chyba nie dokonałabym zmian. Wszystkie zdarzenia były ze sobą połączone, jedno wynikało z drugiego i ciężko stwierdzić jak wtedy potoczyłoby się moje życie… Nie chciałabym ryzykować.

Jaka jest według Ciebie recepta na to, żeby ze swojego emigracyjnego życia uczynić bajkę?

Na pewno pomaga otwarty umysł i bycie świadomym drugiego człowieka. Bardzo łatwo jest oceniać i opierać się na stereotypach, a to może nas sporo kosztować w takim negatywnym sensie, może bardzo zawęzić nasze horyzonty. Emigrantowi nie zaszkodzi również żyłka ciekawości. Życie na obczyźnie, to ciągłe poznawanie: czy to w kwestiach językowych, czy to kulturowych. Trzeba chcieć to odkrywać…

 

 

*Ze względu na wewnętrzną politykę firmy nie możemy oficjalnie podawać jej nazwy.

 

Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum bohatera wywiadu.