Polka w Chinach – historia niebanalna

Angelika – młoda, niezależna i pewna siebie absolwentka anglistyki wyjeżdża na kilkumiesięczną praktykę do Chin. Sama. Na miejscu podejmuje pracę nauczycielki, a w międzyczasie poznaje nowych ludzi, ich kulturę i obyczaje. Pewnego dnia na swojej drodze spotyka tajemniczego mężczyznę, który jak się później okaże, raz na zawsze odmieni jej z pozoru ułożony świat. Będzie o miłości, strachu, wierze i trudnych życiowych wyborach.


Przenieśmy się na moment do roku, w którym postanowiłaś dokonać rewolucji w swoim życiu. Jaka była Angelika sprzed wyjazdu i jak wyglądało na tamten czas jej życie w Polsce?

Byłam wtedy na etapie szukania właściwej drogi. Po ukończeniu studiów z filologii angielskiej, rozglądałam się za pracą, ale przez dłuższy czas nic konkretnego nie pojawiało się na horyzoncie. Ostatecznie zdecydowałam się na posadę w Urzędzie Miasta Poznania, ale po trzech miesiącach zrezygnowałam. Spokojna, przewidywalna praca, pensja na czas, wszystko z pozoru idealne, jednak ja czułam, że to nie dla mnie i szukałam czegoś innego. Chciałam znaleźć takie miejsce, w którym oprócz wyzwań, będą na mnie czekały również okazje do posługiwania się angielskim. Należałam już wtedy do pewnej organizacji studenckiej, która miała mi umożliwić poznanie osób z innych krajów, a docelowo także wyjazd zagraniczny na praktykę lub wolontariat. Stwierdziłam, że skoro nie mogę znaleźć odpowiedniego dla mnie miejsca w Poznaniu, to spróbuję skorzystać z tej szansy i pojadę uczyć angielskiego inne narody.


Czyli odwaga i ciekawość świata zwyciężyły?

Zdecydowanie. Muszę się przyznać, że wtedy byłam zupełnie inną osobą niż obecnie. To była Angelika nastawiona na ciągłe doskonalenie i samorealizację. Żyłam w ciągłym stresie, miałam nieustanne wrażenie, że ciągle robię za mało, że tracę czas, że powinnam wyznaczać sobie nowe, coraz to bardziej ambitne cele. Tym sposobem oprócz studiowania i udzielania się we wspomnianej organizacji zapisałam się też na kurs rosyjskiego, potem na podyplomówkę ze strategii planowania biznesu na Uniwersytecie Ekonomicznym. Sama sobie narzuciłam presję ciągłego doskonalenia. Byłam przekonana, że im więcej skończę kursów, im bogatsze będzie moje CV, tym wspanialsze później okaże się moje życie.

Teraz nazywamy to “wychodzeniem ze strefy komfortu”.

Dokładnie! Brałam nawet kiedyś udział w szkoleniu o takiej tematyce. Niestety dla mnie funkcjonowanie pod ciągłą presją było bardzo obciążające. Odbiło się to na moim zdrowiu, ale nie chcę tu wchodzić w szczegóły. Najistotniejszy jest fakt, że po pewnym czasie moje życie całkowicie się odmieniło. Wszystko dzięki wyjazdowi…


No właśnie. Koniec z końców zdecydowałaś się wyemigrować. Ale nie do Europy, nie do sąsiedniego kraju. Ty od razu skoczyłaś na głęboką wodę – wyjechałaś do Chin. Dlaczego tam?

Kiedyś nazwałabym to przypadkiem, czystym zbiegiem okoliczności, ale dziś wydaje mi się, że to miało swój sens i chyba tak chciał los. Niemniej jednak, jak przypominam sobie ten czas, kiedy wyjeżdżałam to sama się dziwię, że to się w ogóle udało. Wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie i na wariackich papierach. Tak jak mówiłam, zaczęłam szukać dla siebie praktyki za granicą. Chciałam w końcu zarabiać pieniądze i zacząć żyć na swój rachunek. Opcji było kilka, bardzo zależało mi na pracy w Singapurze, niestety nie udało się. W międzyczasie dostawałam propozycje np. z Pakistanu czy Tunezji, ale już wtedy byłam nastawiona na Chiny, bo nie ukrywam, że pod względem finansowym wydawało się to korzystniejsze.

Wyjechałaś za pośrednictwem organizacji, z którą współpracowałaś, czy szukałaś pracy na własną rękę?

W ramach organizacji, ale wszystkie szczegóły odnośnie pracy i wyjazdu załatwiałam indywidualnie.

Ile miałaś czasu na przygotowanie się do wyjazdu?

Aż trudno w to uwierzyć, ale konkretną ofertę pracy dostałam niespełna tydzień przed wylotem. To był kosmos! Pamiętam, że 25 lutego 2013 roku miałam rozpocząć już pracę, a 23 lutego wylatywałam. Nie miałam kompletnie czasu na jakieś zaklimatyzowanie się tam na miejscu, trzeba było z marszu rozpocząć nowe życie.

Jak udało Ci się w ogóle przygotować do wylotu w tak krótkim czasie?

Firma z Chin przysłała mi zaproszenie, a wizę i paszport załatwiłam przy pomocy pośrednika z Warszawy. W tym czasie z przyszłym pracodawcą uzgodniliśmy wszystkie szczegóły dotyczące mojej pracy i zakwaterowania, a także zorganizowałam niezbędne do wyjazdu rzeczy. Także były ekspresowe zakupy, rezerwacja lotu i pakowanie. Dzień wyjazdu będę chyba pamiętała do końca życia. Pojechałam sama do Warszawy, gdzie miałam odebrać od pośrednika wizę i paszport. Nie zastałam go w domu, ale na szczęście o wszystkim była poinformowana jego żona i to ona przekazała mi dokumenty. Na szybko musiałam jeszcze poszukać kantoru, w którym wymienią mi pieniądze na chińską walutę, bo w Kaliszu nie było takiej możliwości. Tak prawdę mówiąc, to do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy to wszystko w ogóle się uda.

Ale szczęście Ci sprzyjało…

Naprawdę miałam farta! Jak to wspominam, to nadal się dziwię, że tak sprawnie wszystko poszło, chwała Bogu za to!

Firma, w której miałaś pracować wspierała Cię finansowo jeszcze przed wyjazdem, czy wszelkie koszty związane z wyjazdem musiałaś pokryć sama?

Wtedy za wszystko zapłaciłam sama, dopiero po zakończeniu praktyki otrzymałam częściowy zwrot kosztów podróży. To w Chinach jest dość popularne rozwiązanie, przynajmniej wobec nauczycieli, którzy przylatują tam do pracy. W zasadzie musiałam zainwestować w ten wyjazd wszystkie swoje oszczędności, które wówczas posiadałam.

Jak długi miał być Twój pobyt w Chinach?

Wyjazd był zaplanowany na pięć miesięcy. Miałam od razu wykupiony bilet powrotny. Plan był taki, że po tym czasie wracam, a następnie lecę w inne miejsce, aby dalej poznawać świat.

Lądujesz w Chinach. Jakie były Twoje pierwsze wrażenia? Jak Ty sobie tam w ogóle poradziłaś?

Przez to, że miałam tak strasznie mało czasu na przygotowanie się do wylotu, zupełnie zaniedbałam kwestie językowe. Nie zapisałam sobie żadnych słówek, nie wiedziałam nawet jak poprawnie wymówić nazwę miasta, do którego miałam dotrzeć. Na miejscu okazało się, że to akurat było dość istotnym przeoczeniem z mojej strony. Stanęłam na płycie lotniska w Pekinie i czułam się jak dziecko we mgle. Z jednej strony czułam się szczęśliwa, bo tam było naprawdę pięknie, ciepło i słonecznie (a w Polsce w tym czasie zima w pełnej okazałości), ale z drugiej strony byłam nieźle zdezorientowana. Wiedziałam, że z lotniska odjeżdża autobus, którym dostanę się do miejscowości, w której będą na mnie czekali ludzie z firmy. Miasto było oddalone jakieś 250 km od Pekinu. Problem polegał na tym, że za żadne skarby nie mogłam odnaleźć miejsca, gdzie ten autobus podjeżdża. Bez znajomości chińskiego okazało się to szalenie trudne. W pewnym momencie podszedł do mnie pewien mężczyzna, który chyba usłyszał, że mówię po angielsku i zaproponował swoją pomoc. Nie wiem dokładnie skąd pochodził, chyba z Jugosławii i również był nauczycielem. Na niego już w Pekinie czekał Chińczyk i dzięki ich pomocy udało mi się dotrzeć na właściwy przystanek.

Co było celem Twojej podróży?

Tiencin. Takie zaledwie dziesięciomilionowe chińskie miasteczko (śmiech). Trzecie, po Pekinie i Szanghaju największe miasto w tym kraju.

Nie bałaś się? Sama w tłumie obcych, tak daleko od domu?

Nie był to strach, nie miałam kompletnie takiego poczucia, może była to raczej tylko lekka dezorientacja. W autobusie czułam się trochę nieswojo, bo nie wiedziałam dokładnie gdzie mam wysiąść. Na szczęście, tak jak w Warszawie, tak i w Pekinie trafiłam na pomocnych ludzi i w podróży także uspokoili mnie inni pasażerowie (chyba pochodzili ze Sri Lanki), wyjaśnili, że w mieście, do którego jadę jest tylko jeden przystanek i tam na pewno będą czekali Chińczycy, z którymi się wcześniej kontaktowałam. I faktycznie tak było. Odebrali mnie, zawieźli do mieszkania, zrobili zakupy.

Warunki, w których przyszło Ci żyć tam na miejscu były dogodne, czy inaczej to sobie wyobrażałaś?

Powiem szczerze, że starałam się sobie za wiele nie wyobrażać, żeby się później nie rozczarować, jednak pojawiły się tam takie kwestie, które mnie zadziwiły. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, kiedy tylko się wyspałam, było umycie okna, które z powodu grubej warstwy brudu kompletnie nie przepuszczało już promieni słonecznych. Nie mogłam zrozumieć jak można dopuścić do takiego stanu.

Mieszkałaś sama?

Nie, to było duże trzypokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta. Żeby dostać się do centrum trzeba było jechać godzinę autobusem. Mieszkałam z Rosjanką, która stopniowo zaczęła wdrażać mnie w to chińskie życie. Bardzo mi pomagała.

Ona również była praktykantką?

Nie, ona była nauczycielką, ale zatrudnioną już na umowę o pracę, nie była związana z żadną organizacją, tak jak ja.

Jak minęły pierwsze tygodnie w nowym świecie? Bywały trudne momenty?

Po tym jak się tam urządziłam zaczęło mi doskwierać pewne uczucie. Miałam wrażenie, że nie chcę tam być, że to nie dla mnie, że jest mi źle. Strasznie tęskniłam za rodziną. Na pewno na moje samopoczucie miało wpływ to, że dość poważnie zachorowałam i przez prawie pięć tygodni byłam chora. Wyglądało to jak ostre przeziębienie, a ponieważ nie mogłam zaniedbać pracy, chodziłam na zajęcia i w rezultacie prawie całkowicie straciłam głos. Wydawać by się mogło, że chińskie dzieci będą grzeczniutkie, ale one jak tylko widziały obcą twarz, to pozwalały sobie na dużą swobodę i często trzeba było na nie krzyknąć, żeby w ogóle zwróciły na ciebie uwagę i tym sposobem chodzenie tam było wtedy dla mnie męką.

Miałaś tam dostęp do pomocy medycznej? Musiałaś za to płacić? Jak się leczyłaś?

Zawsze unikałam zażywania leków, więc w Polsce leczyłam się domowymi sposobami i naprawdę mój organizm dobrze to tolerował. W Chinach nie poszłam do lekarza, po pierwsze dlatego, że opóźniała się moja wypłata, a zapas gotówki, którą wzięłam szybko topniał, a po drugie nadal wierzyłam w sprawdzone metody: miód, sok z cytryny, itd. To niestety tym razem nie pomagało. Moja współlokatorka użyczała mi swoich leków z Rosji, ale i to nie bardzo przynosiło rezultaty. Dopiero po tych pięciu tygodniach doszłam do siebie. W tym czasie było mi naprawdę trudno, brakowało mi kogoś bliskiego, kto poda ten przysłowiowy kubek z herbatą.

Rodzina wiedziała o Twoim stanie?

Bałam się przyznać, że jest mi tak ciężko, postanowiłam zacisnąć zęby i przeczekać najgorsze. Powrót do Polski byłby moją osobistą porażką, a to gdzieś w głębi serca mnie motywowało.

A przed wyjazdem rodzina nie próbowała odwieść Cię od tego pomysłu?

Podejście bliskich było bardzo sceptyczne. Nie chcieli, żebym wyjeżdżała tak daleko i chyba nawet nie rozumieli dlaczego się na to zdecydowałam. Pytali np. dlaczego nie wyjadę do Anglii, skoro jestem po anglistyce. A ja właśnie nie chciałam iść za tłumem, wręcz przeciwnie. Rodzina na pewno się o mnie bała, próbowała wpłynąć na moją decyzję, jednak w głębi duszy chyba wiedzieli, że jak ja sobie coś postanowię to koniec, zawsze dopnę swego. Miałam też wtedy w głowie taką myśl, że jeśli się odważę i pojadę sama na drugi koniec świata, do zupełnie innej kultury, w zupełnie inne warunki, to już później nie będę się bała nigdzie jechać. Że przekroczę raz barierę, która już później nie będzie taka straszna.

I rzeczywiście tak jest? Dziś już możesz to ocenić.

Tak. Czuję, że ten pierwszy wyjazd wiele we mnie zmienił.

Wróćmy zatem do Chin. Kluczowe różnice i podobieństwa pomiędzy życiem typowego Polaka i Chińczyka – potrafisz wymienić kilka przykładów?

Nie wiem jak wygląda życie Chińczyków mieszkających na wsi, myślę, że mają oni o wiele trudniej niż w Polsce, ale skupię się na mieszkańcach miast, których obserwowałam. Ci ludzie żyją na naprawdę wysokim poziomie, co mnie trochę zdziwiło. Myślę, że takiego przeciętnego Chińczyka spokojnie stać na to, żeby pójść na obiad do restauracji, być może nawet codziennie.

Mówimy o osobach bardzo wykształconych, czy niekoniecznie?

W Chinach ogromny nacisk kładzie się na edukację od najmłodszych lat, ale to też zależy od portfela. Ten kogo stać, wysyła dziecko na mnóstwo zajęć dodatkowych, nawet jeszcze zanim to dziecko pójdzie do właściwej szkoły. Ale ludność miejska jest zróżnicowana. Tak jak wszędzie spotyka się tych, co zamiatają ulice i tych, co nimi pędzą do pracy w korporacji w garniturach wartych wielokrotnie więcej niż pensja tych sprzątających.

Wspomniałaś o edukacji. Jak wygląda taki zwykły dzień chińskiego dziecka w wieku szkolnym? Czy te maluchy mają choć odrobinę czasu wolnego, mogą się beztrosko pobawić, oderwać od obowiązków?

Na pewno takiego czasu mają bardzo mało. Większość z nich ma precyzyjnie zaplanowany przez rodziców grafik, w którym jedne zajęcia dodatkowe gonią następne. W szkole dzieci są zazwyczaj od 8:00 do 12:00, potem jest przerwa na lunch (wszędzie, w pracy również). Niektóre dzieci w tym czasie wracają do domów, inne zostają w szkole i później od 14:00 do późnego popołudnia trwają kolejne lekcje. W przerwach między zajęciami na boisku odbywają się ćwiczenia: dzieci ustawione są w rządkach i muszą np. maszerować. Z tego co wiem, prac domowych zadawano tam również bardzo dużo.

Czy według Ciebie te dzieci, które poznałaś były szczęśliwe?

Hmm..trudno powiedzieć, to zależy. Jedna uczennica powiedziała mi, że ma tyle pięknych zabawek, ale nie ma czasu się nimi bawić, bo musi się ciągle uczyć. Ona miała 4 lata! Później mama zapisała ją na dodatkową matematykę, zajęcia z rysunku, lekcje gry na pianinie, dobre maniery itd. Wiem, że rodzice czasami starali się ją wynagradzać za trud nauki i zabierali do Disneylandu, czy jakiejś fajnej restauracji, ale większość czasu to dziecko spędzało nad książkami. Z drugiej strony poznałam taką rodzinę, która kładła nacisk na to, żeby dziecko miało więcej swobody i czasu dla siebie. Ich dziecko przychodziło do mnie na lekcje raz w tygodniu, a ta poprzednia dziewczynka codziennie. Dla Chińczyków kochać to znaczy wymagać. Nie dość, że dzieci dużo się uczą, to jeszcze powszechnie przyjęło się, że powinny w jakiejś dziedzinie osiągać sukcesy, zdobywać medale, wygrywać konkursy. Niektórzy rodzice dopiero wtedy są w pełni usatysfakcjonowani.


Z czego to może wynikać? Tradycja, presja naszych czasów, moda?

Myślę, że to kwestia systemu, jaki obowiązuje w Chinach. Młodzi rodzice inwestując w edukację swoich dzieci myślą już o własnej emeryturze. Aby na starość żyć godnie, muszą wychować swoje pociechy na zaradnych i przedsiębiorczych obywateli. System emerytalny w tym państwie strasznie kuleje. To dzieci na starość przygarniają rodziców i zapewniają im byt, hańbą jest oddanie seniorów do domu opieki.

Skoro dzieci tak dużo czasu spędzają w szkole, to analogicznie myśląc przypuszczam, że dorośli Chińczycy bardzo dużo czasu spędzają w pracy?

Coś w tym jest. Mnie na przykład zadziwiał fakt, że pomimo iż zajęcia z zdziećmi w tygodniu zaczynałam od 18:00, to już o 13:30 musiałam być w biurze. Nikt nie sprawdzał co tam robię, nikt nie pytał, czy jest mi ten czas potrzebny na przygotowanie, tak miało być i kropka. Do dziś nie rozumiem dlaczego. A wracając jeszcze do kwestii wielopokoleniowych domów, to ma to również aspekt praktyczny. W Chinach zazwyczaj to dziadkowie w większości poświęcają czas na wychowanie wnuków, podczas, gdy rodzice w tym czasie pracują. Miałam na zajęciach takie dzieci, które rodziców widywały jedynie w weekendy.

Od 2015 roku przestała w Chinach obowiązywać polityka jednego dziecka. Jest to zauważalne? Myślisz, że Chińczycy będą chętniej decydowali się na powiększenie rodziny?

Sądzę, że model rodziny propagowany przez tyle lat bardzo już wrósł w ich mentalność. Chińczycy zdają sobie sprawę, że wychowanie potomstwa to ogromne obciążenie finansowe, bo wszystkie produkty dla dzieci nie są z reguły najtańsze, dlatego według mnie większość pozostanie przy modelu 2 plus 1, a co za tym idzie nadal będą inwestowali właśnie w jedynaka, chcąc go jak najlepiej wykształcić.

Wspomniałaś o kosztach wychowania dziecka, a powiedz ile kosztują w Chinach takie podstawowe produkty jak chleb, warzywa, czy owoce?

Tak szczerze to jedzenie w Chinach jest o wiele tańsze niż w Polsce. Poza tym mam wrażenie, że wybór jest o wiele większy niż w Europie. Najbardziej tęsknię za egzotycznymi owocami, nazw niektórych z nich nawet nie znam, gdyż tam widziałam i próbowałam je po raz pierwszy w życiu.

A ceny mieszkań?

Mieszkania są drogie, ale myślę, że w Polsce w wielkich miastach jest podobnie. Dla porównania my za nasze dwupokojowe mieszkanie w centrum płaciliśmy w przeliczeniu około 1400 złotych.

To o wiele taniej niż w centrum wielkiego polskiego miasta!

Możliwe, w zasadzie tam chyba większość rzeczy była tańsza niż w Polsce. Stąd też wniosek, że mieszkańcom chińskich miast naprawdę dobrze się żyje. Czasami widziałam na ulicach takie samochody, że głowa mała. Bogactwo w pełnej okazałości.

Chińczycy są tolerancyjnym narodem?

Myślę, że tak. Będąc tam, pomimo mojej odmienności nigdy nie czułam się tam skrępowana. Nikt nigdy nie patrzył na mnie ze zdziwieniem, nikt nie wytykał palcami, zawsze czułam się swobodnie. Chińczycy są ciekawi świata, interesują się innymi kulturami i narodami, są otwarci na nowe.

Wyjechałaś tam, żeby uczyć angielskiego, a powiedz jak wyglądała Twoja przygoda z językiem chińskim? Z każdym Chińczykiem można się porozumieć po angielsku?

Niestety nie. W sklepie czy banku czasami o to trudno. Najlepszym sposobem na pokonanie bariery językowej jest po prostu nauka chińskiego. Ja początkowo polegałam na chińskich koleżankach. Kiedy, np. szłam do sklepu i ekspedientka mnie nie rozumiała, to dzwoniłam do znajomej Chinki, która znała angielski, jej mówiłam o co chodzi, a później ona przez telefon tłumaczyła to pani ze sklepu. Bywało śmiesznie. Chiński jest koszmarnie trudny, na próżno szukać podobieństw do angielskiego, czy polskiego. Na lekcjach, które prowadziłam miałam asystenta, który mówił po chińsku i angielsku, zatem moją działką był wyłącznie angielski, ale mimo wszystko nieznajomość ich języka znacznie utrudniała mi pracę.

To Cię zmobilizowało do nauki?

Między innymi, jednak większy wpływ miało coś innego. Niedługo po moim przyjeździe poznałam też innych obcokrajowców, którzy świetnie mówili po chińsku, nawet między sobą i tak naprawdę wtedy pomyślałam: Acha! Jednak się da! To była taka siła napędowa i mega motywacja. Bo skoro oni mogli, to wiedziałam, że i ja sobie poradzę. Chciałam być samodzielna. Początkowo uczyłam się sama, pożyczyłam podręczniki, pytałam znajomych o niektóre zagadnienia, a po pół roku rozpoczęłam właściwy kurs na uniwersytecie.

Jak dzisiaj oceniasz swój stan biegłości językowej?

Zdałam egzamin HSK na poziomie 5, zatem zaawansowanym, ale uważam, że egzaminy nie do końca odzwierciedlają konkretną wiedzę. Bez problemu dogadam się na wiele tematów, ale kiedy w grę wejdą jakieś fachowe określenia z polityki, medycyny, itd. to przyznaję, że mogę mieć problem.

A teraz w Polsce zdarza Ci się jeszcze porozmawiać po chińsku?

Nieraz z mężem używamy tego języka, ale zazwyczaj wtedy, kiedy nie chcemy, aby ktoś zrozumiał o czym mówimy…(śmiech). Mamy taką możliwość, więc korzystamy. Takie nasze wyjście awaryjne. Poza tym niestety nie mam okazji do praktykowania. Pamiętam jak się pisze znaki, pamiętam jak się mówi, ale trochę żałuję, że nie mogę się doskonalić w tym zakresie.

Wspomniałaś na początku, że wyjazd do Chin wiele zmienił w Twoim życiu, że Ty sama się zmieniłaś. Od czego to wszystko się zaczęło?

Muszę zacząć od tego, że pojechałam do Chin z myślą o samorealizacji, spełnianiu marzeń zawodowych, dalszym kształceniu. W tamtym okresie całkowicie na boczny plan odstawiłam sferę uczuć. Jednak życie miało dla mnie przygotowany nieco inny scenariusz. Pewnego razu dwie koleżanki Chinki zabrały mnie na siłownię. Nawet się ucieszyłam, z zapałem zaczęłam ćwiczyć na tych nowoczesnych urządzeniach. W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś chłopak i zaczął obserwować jak się tam męczę. Podkreślam, że ja pierwszy raz byłam na siłowni, bo pomimo iż zawsze lubiłam sport i byłam aktywna fizycznie, to jednak wybierałam inne formy treningu. Po chwili ten chłopak mówi do mnie, że jeśli dalej będę tak ćwiczyć, to sobie zrobię krzywdę. Wtedy zeszłam i poprosiłam, żeby mi pokazał jak w takim razie mam to robić poprawnie. Jak to zobaczyłam, to myślałam, że padnę. Rozejrzałam się dokoła i pomyślałam, że ci ludzie, którzy to widzieli musieli mieć ze mnie niezły ubaw!

A co z tym chłopakiem?

No właśnie. Zaczęliśmy chwilę rozmawiać, ale nie zrozumiałam do końca skąd pochodzi, coś wspominał o Francji, więc pomyślałam, że jest Francuzem. Zaimponował mi tym, że mówił już po chińsku. Pamiętam, że podszedł do mnie wtedy jeszcze kilka razy, aż w końcu poprosił mnie o numer telefonu. Zaproponował, że możemy kiedyś gdzieś się wspólnie wybrać, chciał mi pokazać miasto, bo jak się okazało mieszkał tam o wiele dłużej niż ja. Tak się wszystko zaczęło… Dziś jesteśmy małżeństwem.

Wasza historia jest wyjątkowa także z innego względu. Wraz z poznaniem chłopaka na siłowni, Twoje życie zaczęło się bardzo zmieniać. Jak wyglądała ta droga?

Początkowo żyłam ciągle w przekonaniu, że spotykam się z Francuzem. Nawet mówiłam tak rodzinie. Dopiero po pewnym czasie, kiedy poznałam jego brata i kuzynów, dotarło do mnie, że coś mi się tu nie zgadza. Zrozumiałam, że on jest muzułmaninem i pochodzi z Arabii Saudyjskiej. Belal też jakoś nie powtarzał skąd jest i jak się okazało na początku naszej znajomości wstydził się przy mnie modlić, bo bał się, że nie będę chciała się z nim więcej spotykać. Zdawał sobie sprawę, że wielu Europejczyków obawia się ludzi wywodzących się z jego kultury, wyznających jego wiarę.

Jaka była Twoja reakcja, kiedy prawda wyszła na jaw?

Kiedy to do mnie dotarło, to się później zastanawiałam, dlaczego on się w takim razie nie modli! (śmiech) Od tamtej chwili zaczęłam na niego inaczej patrzeć, chciałam poznać jego prawdziwe oblicze – jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmi – chciałam dowiedzieć się jakim tak naprawdę jest człowiekiem w swojej wierze i prawdziwym życiu. Nawzajem uczyliśmy się swojej odmienności. Ja chodziłam do kościoła, nawet czasami mnie tam zawoził motorem, z kolei on praktykował własną religię, dużo rozmawialiśmy, porównywaliśmy elementy naszych wyznań. W odróżnieniu do wielu par, nie spędzaliśmy godzin na opowiadaniu o tym, co lubimy jeść, czy jaki jest nasz ulubiony kolor. My sięgaliśmy głębszych poziomów, wchodziliśmy w sferę religii, różnic kulturowych itd. Wtedy poczułam, że coś się we mnie zmienia. Do tego stopnia, że na ten moment nie jestem tą samą osobą, którą byłam wyjeżdżając do Chin. Im częściej się spotykaliśmy, tym więcej się dowiadywałam o nim,  o jego kraju i to wszystko wywarło na mnie wielkie wrażenie. W końcu sama zaczęłam szukać dla siebie innej drogi.

Pamiętam Ciebie sprzed lat, jako wierzącą i praktykującą katoliczkę, dziś rozmawiam z muzułmanką. Domyślam się, że tak ogromna zmiana musiała nieść za sobą wiele obaw. Była to w pełni dobrowolna i przemyślana decyzja?

Tak. W momencie, kiedy byłam już przekonana, że obracam się w towarzystwie muzułmanów, zaczęłam bardzo dużo czytać o ich religii, chciałam poznać ich świat. Oczywiście to, co znalazłam w internecie napawało mnie strachem. Był taki moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy ja robię dobrze, czy to nie jest jakaś pułapka. W ich towarzystwie zawsze czułam się swobodnie, byli niezwykle mili, zabawni i towarzyscy. Widziałam, że zarówno wobec mnie, jak i innych kobiet zawsze odnoszą się z szacunkiem. Przeszło mi nawet przez myśl, że może wszyscy udają, że ich prawdziwe oblicze być może jest zupełnie inne. Postanowiłam to przeczekać, nie podejmować żadnych decyzji, ale na spokojnie obserwować dalej.

Czyli przeprowadziłaś swoim nowym znajomym ukryty test?

Trochę tak to wyglądało. Ja z natury staram się zawsze ufać ludziom, ale w tym przypadku postanowiłam być ostrożna.

Jak Twój obecny już mąż zabiegał w tym czasie o Twoje względy?

Muszę przyznać, że bardzo się starał. Jego determinacja naprawdę mi zaimponowała. Początkowo nie zależało mi jakoś szczególnie na naszej znajomości. Nie zakochałam się od pierwszego wejrzenia, ale kiedy widziałam, jak jemu zależy, ile czasu i pracy poświęca na to, żeby zorganizować nasze spotkanie, to coraz częściej zaczynałam o nim myśleć na poważnie. Pomimo tego, że mieszkałam na obrzeżach miasta, a on w centrum, to kiedy gdzieś się umawialiśmy on zawsze po mnie przyjeżdżał taksówką, później odwoził do domu, a to naprawdę zajmowało dużo czasu, dbał o mnie, widziałam, że się troszczy o moje bezpieczeństwo. Poza tym dobrze czułam się w jego towarzystwie. Pierwszy raz czułam się tak bardzo szanowana i celebrowana jako kobieta. Często miałam wrażenie, że czyta mi w myślach. Robił dokładnie to, czego od niego w danym momencie oczekiwałam.

Po jakim czasie dotarło do Ciebie, że z tym właśnie człowiekiem chcesz spędzić resztę życia?

Dość szybko. To było dla mnie samej zaskoczeniem, bo przecież przyjechałam do Chin z myślą przewodnią: żadnych związków, a tu nagle pierwszy raz w życiu poczułam, że oto właśnie poznałam mężczyznę, który mógłby być moim mężem. Pamiętam ten moment, kiedy sobie tak pomyślałam: takiego właśnie męża bym chciała! Oczywiście nikomu tego nie mówiłam. Później wszystko dość szybko się potoczyło. Mój kontrakt się kończył, pojawiła się wizja wyjazdu do Polski i wtedy Belal robił wszystko, aby mnie przekonać do powrotu. Naczelnym argumentem była możliwość nauki chińskiego. Oczywiście ja już wtedy też czułam, że chcę do niego wrócić, dlatego faktycznie zapisałam się na kurs na uniwersytecie i po dwumiesięcznych wakacjach w Polsce wróciłam do Chin z myślą, że będziemy razem.

Czym się w tym czasie zajmował w Chinach Belal?

On przyjechał tam jakieś dwa lata przede mną i był studentem. Miał stypendium ze swojego kraju, co dawało tam dość dużą swobodę finansową w porównaniu ze stypendium chińskim.

Ty poszłaś na uniwersytet i również zostałaś studentką…

Tak. Moja przygoda z nauczaniem angielskiego się zakończyła, ponownie skupiłam się na doskonaleniu siebie, ale już w zupełnie innej atmosferze. Odnalazłam równowagę, skończyły się moje problemy ze zdrowiem, zwolniłam tempo życia.

Gdzie zamieszkałaś po powrocie z Polski?

Nie mogłam już mieszkać tam gdzie poprzednio, bo nie byłam już praktykantką, dlatego wprowadziłam się do Belala. Nie była to dla mnie łatwa sytuacja. Z jednej strony było mi tam dobrze, bo on z bratem i kuzynem wynajmował piękne i przestronne mieszkanie w centrum, ale z drugiej strony czułam się skrępowana, brakowało mi poczucia niezależności. Poza tym nie umiałam sama sobie wtedy odpowiedzieć na pytanie kim my tak właściwie dla siebie jesteśmy – mieszkaliśmy razem, ale jako kto? Dodatkowo nie chcieli ode mnie przyjąć żadnych pieniędzy na rachunki, to było krępujące. Moje sumienie nie dawało mi spokoju. Nie tak zostałam wychowana, nie chciałam tak dłużej. Belal chyba czuł podobnie, bo według zasad jego religii, to że razem mieszkaliśmy również nie było dozwolone. Belal postawił sprawę jasno: skoro nam obojgu nie do końca odpowiada dotychczasowy układ, to mamy dwa wyjścia, albo mieszkamy osobno, albo bierzemy ślub.

Co Ty na to?

Poczułam, że robi się naprawdę poważnie, ale po zastanowieniu powiedziałam ok.

Ot tak? Nie miałaś wątpliwości?

Wtedy już nie. Czułam, że te wszystkie wcześniejsze zbiegi okoliczności miały swój sens, że jeśli Bóg tak chce, to nam się to uda. No i się zaczęło…

No właśnie! Ty byłaś katoliczką, on muzułmaninem. Już wtedy postanowiłaś zmienić wiarę?

Nie, absolutnie. Szukaliśmy takiego rozwiązania, aby każde z nas mogło złożyć przysięgę małżeńską w swojej religii. Poszliśmy do księdza, który powiedział, że jest taka możliwość, ale musimy oboje uczęszczać na nauki przedmałżeńskie. No to chodziliśmy. Ksiądz zrobił nam również test psychologiczny, który Belalowi nie poszedł zbyt pomyślnie, ale winą był język. Nie znał jeszcze wtedy tak dobrze angielskiego, a tam użyto dość wyrafinowanego słownictwa, którego nie zrozumiał. Oczywiście nam się nie przyznał i tak wyszło. Poza tym wszystko było dobrze do momentu, w którym ksiądz zadał nam pytanie w jakiej wierze będą wychowywane nasze dzieci.

Zastanawialiście się nad tym wcześniej?

Tak i żadne z nas nie chciało drugiemu nic narzucać. Uzgodniliśmy, że poczekamy i być może zostawimy dziecku wolny wybór i kiedy będzie już na tyle świadome, samo podejmie właściwą decyzję. Problem polegał na tym, że ksiądz nie zaakceptował naszego wyboru. Ostro oświadczył, że jeżeli nie podpiszę deklaracji, że wychowam dziecko w wierze katolickiej, to mogę zapomnieć, że udzieli nam ślubu. Kolejnym problemem okazało się zagadnienie Trójcy Świętej. Belal nie mógł zrozumieć na czym to wszystko polega, ksiądz naprawdę nie umiał mu tego wyjaśnić, robił to strasznie nieudolnie, tak, że ja sama zaczęłam mieć wątpliwości, czy to w co do tej pory wierzyłam jest tym, o czym myślałam. Szukałam zatem pomocy u innego księdza, którego darzyłam dużym szacunkiem, ale jego odpowiedź również zwaliła mnie z nóg, bo stwierdził tylko, że Belal i tak tego nie zrozumie.

Czyli w tym momencie, w którym akurat najbardziej potrzebowałaś duchowej pomocy nikt nie potrafił Ci jej udzielić?

Dokładnie. Po pierwszym pobycie w Chinach poszłam nawet na pielgrzymkę, bo czułam, że zaczynają się we mnie budzić jakieś wątpliwości. Bardzo chciałam pozostać przy swojej wierze, ale w sposób świadomy, potrzebowałam wsparcia, takiego umocnienia. Miałam nawet takie myśli, że jeśli się dobrze przygotuję, to może uda mi się nawet przekonać Belala do przejścia na katolicyzm. Tymczasem ksiądz, na którego tak liczyłam odprawił mnie z kwitkiem i w rezultacie wróciłam z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Jak można powiedzieć osobie szukającej odpowiedzi w tak istotnej kwestii, że i tak tego nie zrozumie!? To był dla mnie cios.

To zaważyło na tym, że sama zaczęłaś się zastanawiać nad zmianą religii?

To był chyba pierwszy moment, kiedy coś się we mnie zaczęło buntować. Później, kiedy chodziliśmy na te nasze nauki przedmałżeńskie i ksiądz ewidentnie nie potrafił wyjaśnić mojemu narzeczonemu fundamentalnych zasad mojej wiary, to poczułam, że ja już mam tego dosyć, że nie chcę tego dłużej słuchać. Później Belal poszedł do meczetu, aby zapytać o kwestię ślubu, a tam informacja, że za trzy dni bez problemu możemy przyjść i go nam udzielą. To przeważyło szalę. Kilka dni później byłam już muzułmanką i żoną Belala.

Nie miałaś zatem zbyt wiele czasu na przygotowania…

To była bardzo spontaniczna decyzja, prawie nic nie organizowaliśmy, jedyne co, to czułam, że chciałabym mieć wtedy na sobie coś nowego, więc kupiłam sobie na tę okazję czarną suknię. Pewnie wiele osób teraz pomyśli, że co ze mnie za idiotka, ale ja tak chciałam, tak zrobiłam i byłam zadowolona. Po ceremonii poszliśmy z najbliższymi znajomymi mojego męża na kolację do restauracji. Było skromnie, ale bardzo radośnie.

Tego dnia zostałaś mężatką w świetle religii, ale nie z prawnego punktu widzenia. Nie był to dla Was problem?

Tak, zawarliśmy ślub przed Bogiem, dla nas to było bardzo ważne i potrzebne. Chcieliśmy być uczciwi wobec Boga, a nie państwa, to nie miało wtedy znaczenia.

Jak wyglądał moment Twojego przejścia na islam?

Wszystko miało miejsce podczas jednej ceremonii. Wcześniej nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak to wygląda, ale Belal uprzedził mnie, że odbywa się to poprzez wypowiedzenie szahady, czyli muzułmańskiego wyznania wiary. Może niektórym trudno w to uwierzyć, ale zrobiłam to w pełni świadomie i dobrowolnie. Już wcześniej czułam, że kiedyś to nastąpi, a że akurat okazja trafiła się tak szybko… może i lepiej. Do tej pory mam ogromny szacunek do wiary, w której zostałam wychowana, zawsze będzie istotną częścią mojego życia, ale na drodze moich doświadczeń zaszły we mnie pewne zmiany, które po prostu poprowadziły mnie w innym kierunku.

Byłaś na to przygotowana duchowo? Wiedziałaś o wszystkich konsekwencjach, które niesie za sobą przejście na islam?

Tak. Bardzo dużo o tym czytałam, to nie jest tak, że nie wiedziałam w co się pakuję. Na początku nie nosiłam jednak chusty.

Można tak? Zakrywanie głowy przez muzułmanki, o ile mi wiadomo nie jest kwestią wolnego wyboru…

Ja kierowałam się zdaniem mojego męża. On nie chciał mi nic narzucać, rozumiał, że może być mi ciężko z dnia na dzień zmienić swoje przyzwyczajenia i nagle po 25 latach swobody zacząć zakrywać ramiona, nogi i włosy. Absolutnie mnie do tego nie zmuszał, pozostawił mi wolny wybór. Bo noszenie chusty jest kwestią wyboru… Z tym, że ja stopniowo widziałam w tym coraz większy sens, spodobała mi się ta idea. Chciałam być atrakcyjna tylko dla mojego męża, a nie dla obcych mężczyzn. Pamiętałam doskonale takie sytuacje z Polski, kiedy idąc ulicą czułam na sobie wzrok obcych mężczyzn, którzy patrzyli się na mnie, nie zważając na to, że obok idzie ich żona. Zawsze mnie to denerwowało. Nie podaję tego przykładu, żeby się pochwalić, myślę, że w Polsce to dość powszechne zjawisko, bo w naszym kraju nie brakuje atrakcyjnych kobiet. Niemniej jednak ja lubię mieć jasno wytyczone granice i islam mi takie dał. Wiem co mogę, wiem czego mi nie wolno, wiem czemu ma to służyć i to jest logiczne. Po około trzech miesiącach od ślubu założyłam chustę, którą noszę do dziś. Z tym też związana jest ciekawa historia, bo byliśmy akurat na wycieczce w Hongkongu. Tam po modlitwie, podczas której zawsze zakrywałam ciało, zauważyłam, że obserwuje mnie pewna dziewczyna. Podeszła do mnie, kiedy byłyśmy w toalecie i powiedziała, że widzi, że chyba nie umiem wiązać tej chusty i że ona mi pomoże. Wtedy zdjęła jedną ze swoich chust, zawiązała ją na mojej głowie i nagle poczułam, że to ten moment, że ponownie jakaś osoba pojawiła się na mojej drodze nieprzypadkowo.

Od tamtych wydarzeń minęły już ponad cztery lata. Czy dziś jesteś szczęśliwa?

Owszem. Bardzo się cieszę, że mogłam opowiedzieć ci moją historię, bo wiem, że o kobietach poślubiających muzułmanów krążą legendy, sama czytałam wiele książek opisujących straszne przypadki, ale ja jestem najlepszym dowodem na to, że wybierając tą drogę można odnaleźć prawdziwe szczęście. A dodatkowo nowa religia zapewniła mi spokój, podobają mi się jej zasady.

Którą z zasad islamu było Ci najtrudniej zaakceptować?

Chyba posłuszeństwo mężowi. Przyznaję, że do tej pory mam z tym nieraz problem, ale mojemu mężowi się to chyba podoba. Doprawdy on mi nigdy nie narzuca swojej woli, jesteśmy partnerami, ale czasami mówi mi, że ja go w ogóle nie słucham (śmiech). To nie jest tak, że my się jakoś często kłócimy, albo że ja z premedytacją łamię zasady Koranu, ale nieraz górę bierze moja wolna dusza i nie daję się tak łatwo podporządkować. Na szczęście mąż akceptuje tą moją odmienność.

Od kilku miesięcy oboje mieszkacie w Polsce. Jak się żyje wyznawcom islamu w kraju nad Wisłą?

Ja się nie przejmuję tym, co powiedzą ludzie, zatem bez skrępowania zakładam chustę i idę do miasta. Widzę, że przykuwam uwagę, ale nie spotkałam się jeszcze z żadnym przejawem nietolerancji. Była nawet kiedyś taka sytuacja, że będąc w mieście, na ulicy minęłam się ze starszym małżeństwem, ja oczywiście w chuście, długiej spódnicy, wszystko zakryte tak jak należy, a tu słyszę jak ta kobieta patrząc na mnie mówi do męża: O zobacz jaka ładna pani! Nie mówię tego, żeby się tu przechwalać, ale chodzi mi o to, że zrobiło mi się wtedy niezmiernie miło i był to doskonały przykład na to, że piękno w kobiecie można dostrzec nie tylko wtedy, kiedy emanuje odkrytym ciałem.

Powiedz mi jeszcze co na te wszystkie zmiany w Twoim życiu powiedziała Twoja rodzina?

Początkowo, kiedy oznajmiłam rodzicom, że spotykam się z kolegą z Arabii Saudyjskiej, to tata zapytał w żartach, czy on ma w ogródku ropę (śmiech). A na poważnie to nigdy mi niczego nie zabraniali, ale oni mnie dobrze znają i wiedzą, że niewiele by to pomogło. Wiem, że się o mnie bali. Z kolei odkąd wróciłam do Polski rodzina czasem nie może zrozumieć tego, że moja wiara wymaga ode mnie pewnych zachowań. Wielokrotnie namawiali mnie, do zdejmowania chusty, kiedy jestem w domu, tłumacząc, że przecież od dziecka widywali mnie z odkrytymi włosami, a nawet w samym stroju kąpielowym, więc po co teraz to robię. Ja cierpliwie tłumaczę, że teraz nie jestem już tą samą osobą.

Kto zatem może zobaczyć Cię bez chusty, bo teraz kiedy rozmawiamy nie masz jej na głowie.

Muszę nosić chustę w obecności wszystkich mężczyzn z wyjątkiem mojego męża, syna, ojca, brata, braci mojej mamy i taty. To samo dotyczy dotykania. Nie mogę na przykład pocałować na powitanie swojego wujka, z którym wcześniej mieszkałam przez kilka lat. Wiem, że zaakceptowanie tego mojej rodzinie przychodzi z trudem, ale ja się bardzo pilnuję i nie robię już wyjątków.

Jesteś w ciąży, niebawem urodzisz swoje pierwsze dziecko. Czy z podczas porodu również będą Cię obowiązywały jakieś szczególne zasady, czy będziesz rodziła jak każda inna kobieta w Polsce?

Wiadomo, że byłoby idealnie, gdyby podczas mojego porodu były obecne same kobiety, ale realia są jakie są, musimy się w tym pogodzić. Na badania kontrolne chodzę do pani ginekolog, ale jeśli się okaże, że w szpitalu na dyżurze będzie akurat mężczyzna, to zaakceptujemy to. Moje zdrowie i bezpieczeństwo dziecka będą na pewno na pierwszym miejscu.

A co dalej? Jakie macie plany na przyszłość?

Staramy się o uregulowanie naszej sytuacji prawnej, czyli zawarcie małżeństwa cywilnego. To ułatwi mojemu mężowi przyjazdy do Polski i wyklaruje sytuację prawną dziecka, choć na wszelki wypadek już za wczasu zrobiliśmy uznanie ojcostwa. Także czeka nas sporo formalności, zarówno tu w Polsce jak i w Arabii Saudyjskiej. Mój mąż na pewno zapłaci w swoim kraju karę za to, że się ze mną ożenił. Według tamtejszego prawa zrobił rzecz nielegalną. Z drugiej strony, kiedy będziemy już mieli dziecko prawdopodobnie łatwiej uzyska dokument niezbędny do ślubu cywilnego w Polsce.

Gdzie planujecie zamieszkać po ślubie?

Tego jeszcze nie wiemy. Tymczasowo mieszkamy u moich rodziców, ale czasami myślimy nawet o powrocie do Chin. Zobaczymy. Na pewno będziemy chcieli na jakiś czas pojechać też do ojczyzny Belala, aby jego rodzina również mogła poznać naszego syna.

Bierzecie pod uwagę opcję pozostania na stałe w Polsce?

Jest taka możliwość, ale nie wiem, czy to się uda.

Jak się tutaj czuje Twój mąż?

Myślę, że dobrze, ale widzę że bardzo tęskni za swoim krajem. Wiem, że to z jego strony swego rodzaju poświęcenie, bo mógłby w tym czasie szukać już pracy i zarabiać pieniądze, a teraz jest tutaj, żeby mnie wspierać.

To może zamieszkacie razem w jego ojczyźnie?

Nie wykluczam tego.

Nie boisz się?

Nie, jakoś nie. Wiem jakie tam panują zasady, jestem świadoma tego, że będę musiała się dostosować, ale faktycznie gdzieś z tyłu głowy pojawiają się czasami takie myśli, że kiedyś moje życie potoczy się na tamtej ziemi.

Wiem, że wedle przepisów kobieta w Arabii Saudyjskiej ma status prawny dziecka. Nie będzie Ci to przeszkadzało? Myślisz, że odnajdziesz się w świecie, w którym Twoje prawa byłyby tak ograniczone?

Nie chcę tutaj stawiać się w roli obrończyni podejścia, które zezwala na ograniczanie kobietom ich praw, nie powiem, że to popieram, ale wydaje mi się, że zrozumiałam już czemu ma to służyć. Mam kontakt z kobietami pochodzącymi z tamtych stron, widzę jak one żyją i jakoś mnie to nie przeraża. Rzeczywiście kobiety nie mogą tam nic zrobić bez zgody i nadzoru opiekuna – zazwyczaj męża, absolutnie nie mogą też same prowadzić auta. Teraz kwestia tego, czy ja się na to godzę, czy nie, czy będę łamała zasady i np. wsiadała za kierownicę gdzieś na polnych drogach.

A co jeśli zostałabyś złapana w takiej sytuacji? Groziłaby Ci kara?

Myślę, że tak, ale nie chcę spekulować jaka. Dlatego wiem, że jeśli tam pojadę, to z pełną świadomością tego, że muszę się dostosować, że w imię wartości wyższych będę musiała pogodzić się z ograniczeniem własnej swobody w pewnych zakresach. Z drugiej strony znam swojego męża i wiem, że byłoby mi tam z nim dobrze.

Myślisz, że wchodziłaby w grę taka opcja, że wyjeżdżacie tam, ale tylko na próbę, a jeśli Ci się nie spodoba, to wracacie, albo szukacie swojego miejsca na innym krańcu świata? Czy raczej decyzja o przeprowadzce do Arabii będzie oznaczała definitywne osiedlenie sie na tamtych terytoriach do końca życia?

Nie, raczej nie. Uważam, że gdyby okazało się, że nie dam rady się tam odnaleźć, to mój mąż by to zrozumiał i uszanował. Pewnie byśmy wtedy wyjechali do innego kraju, gdzie oboje czulibyśmy się swobodnie. Nie ukrywam, że za wyjazdem do ojczyzny Belala przemawia to, że oboje pragniemy mieć swoje własne gniazdko, tutaj mieszkamy kątem u rodziców, a tam czeka już na nas dom. To istotny argument, tym bardziej teraz, kiedy powiększy się nam rodzina.

Znasz rodzinę swojego męża? Miałaś okazję dowiedzieć się z jakiego środowiska pochodzi, jakimi ludźmi się otacza, itd.?

Jego mama, aby mnie poznać przyleciała specjalnie do Egiptu, kiedy byliśmy tam na urlopie. To bardzo ciepła i miła osoba. Z jego siostrą utrzymuję kontakt internetowy, o reszcie rodziny i ogólnych warunkach Belal bardzo dużo mi opowiadał. Dla mnie najważniejsze jest to, jaki jest on sam, bo to świadczy też o tym jak został wychowany. Wiem, że skoro jest mi z nim tak dobrze, zapewnia mi bezpieczeństwo i stabilizację, to oznacza mimochodem również to, że ktoś kiedyś przekazał mu dobre wzorce. Myślę, że będziemy kiedyś wszyscy tworzyć naprawdę szczęśliwą rodzinę.

 

 

Zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów bohatera wywiadu.