Z miłości do czystości

Emigrując do Niemiec miałam niewielkie pojęcie o tym kraju. Pewnie jak większości Polaków, którzy nigdy nie odwiedzili sąsiadów zza Odry, na myśl przychodziły mi same pospolite skojarzenia: świetne autostrady, markowe auta, dobre piwo, trudny język i wszechobecny porządek. Po trzech latach wiele moich dawnych wyobrażeń uległo weryfikacji, wiele legło w gruzach, kilka rzeczy mnie rozczarowało, ale jedno z pewnością zrobiło i nadal robi ogromne wrażenie. Niemiecki porządek!

Ogrodowe szaleństwo
Osiedle, na którym mieszkam jest bardzo spokojne i urokliwe. Szczególnych walorów dodaje mu wszechobecna zieleń, przez którą rozumiem nie tylko naturalnie rozwinięte przydrożne drzewa, krzewy w parku czy na placach zabaw, ale przede wszystkim piękne i niezwykle zadbane niemieckie ogrody, którym nie zaszkodzą nawet ukryte w nich krasnale. Typowy niemiecki emeryt, bo głównie takich mam sąsiadów, poświęca mnóstwo czasu na porządki i wszelkie prace ogrodnicze wokół swojego dobytku. Oczywiście – co bogatszy zadanie to zleca profesjonalnym firmom, które szczególnie dużo pracy mają w okresie wiosennym i właśnie teraz – jesienią, kiedy to niemal każdego dnia widuję ich wozy przemykające pod naszymi oknami. Ale na efekt końcowy składa się również wiele godzin koszenia, pielenia, przycinania, podlewania, przesadzania i chuchania na każdy element ogrodowej kompozycji. Ba! żeby to były tylko ogrody… Wielokrotnie widywałam jak przygarbione babciunie w upalny dzień z zapałem wycinały wyrastające nieproszenie trawki czy chwaściki w przestrzeniach między chodnikowymi kostkami. Aż dziw brał skąd czerpały energię, ale najwidoczniej ten typ tak ma. Ostatnio nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy jedną z nich dostrzegłam ze zmiotką na… garażowym dachu. “Ordnung muss sein”  ponad wszystko!

Niemiec płakał jak sprzedawał.
I wcale się nie dziwię! Przywiązanie do auta, dla którego poświęciło się tyle czasu i pracy nie może być bezpodstawne. Ja naprawdę rozumiem, że dla każdego mężczyzny własny środek lokomocji jest wyjątkowo cennym gadżetem, mój mąż również czasami ginie na długo w garażowej otchłani, jednak to, z jakim pietyzmem o swoje cztery kółka dbają Niemcy, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia w tym temacie. Niemal każdego dnia obserwuję, jak to kolejny sąsiad przybywa właśnie z myjni swoim wypolerowanym do granic możliwości pojazdem, po czym parkuje przed garażem i spędza nad swoim przybytkiem kolejne godziny, no ok, czasami ciut mniej, ale to raczej wyjątki. Pucowanie auta od środka, trzepanie wycieraczek, podglądanie pod maskę, układanie wszelkich drobiazgów w bagażniku, trzepanie kocyków, którymi przykryto siedzenia w obawie przed zabrudzeniem – tak, to wymaga czasu! I tak co najmniej raz w tygodniu. Taki standard, rutyna, banał w zasadzie.

Śmieciowy raj
Jedną z pierwszych rad, jaką po przeprowadzce przekazała nam właścicielka naszego mieszkania było to, że powinniśmy bardzo dokładnie segregować śmieci. Jednym z pierwszych miejsc, w które nas zaprowadziła był pobliski śmietnik, a jedną z pierwszych książek, jakie nam wręczyła był przewodnik od firmy zajmującej się wywożeniem odpadów i śmieci komunalnych. Tak – dla Niemców to temat niezwykle ważny. Tutaj nie ma przypadkowego wywalania czego popadnie, gdzie popadnie. Za to grożą wysokie kary finansowe. I tu uwaga – oni to naprawdę weryfikują! Niejednokrotnie widziałam informacje, że w koszu A, znaleziono produkt B, który należy do kategorii C i jeśli sytuacja się powtórzy, to mieszkańcy bloku D poniosą za to karę w wysokości E. Każdy produkt ma ściśle przypisany kosz, w którym powinien wylądować po zużyciu. Każdy kosz ma swoje miejsce, oznaczone, nieprzypadkowe, zazwyczaj ogrodzone zielenią (przynajmniej na moim osiedlu), każdy śmietnik ma ściśle określony termin odbioru zawartości. Kiedy chcieliśmy wymienić meble, po stare podjechała śmieciarka – wystarczyło wcześniej poinformować telefonicznie. Usługa bezpłatna. Worki na śmieci są również bezpłatne – wystarczy udać się do urzędu miasta. Na każdy rodzaj odpadów jest określony sposób utylizacji i nie wątpię, że nie ma tu chętnych do łamania zasad w tym zakresie. Wystarczy wejść do lasu – jest czysto! A gdyby jednak ktoś znalazł jakiś śmieciuszek – proszę bardzo – co kawałek spotkać można kosze na śmieci. Albo w mieście – ok, po wielkich imprezach walają się odpadki, ale tylko do następnego ranka, kiedy to bladym świtem wkraczają ekipy sprzątające. W innych wypadkach szukanie butelek po piwie, czy coli stanowi niezłe wyzwanie. Za butelki pobierana jest wysoka kaucja, zatem każdy klient pieczołowicie dba, aby ją odzyskać. Niedawno, będąć na lotnisku tuż przed odprawą chciałam się pozbyć butelki po wypitej w ostatniej chwili wodzie i zanim ogarnęłam wzrokiem halę w poszukiwaniu kosza, obok mnie w ułamku sekundy znalazła się starsza pani z uśmiechem prosząca o oddanie jej opakowania. Można? Można! Porządek i pieniądze – duet doskonały.

Do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja. Za każdym razem, kiedy wracam do Polski coraz bardziej dostrzegam przepaść jaka dzieli te dwa kraje, w których przyszło mi żyć. Przepaść mentalna i organizacyjna. Powoli następuje przełom, ale nadal z bólem serca patrzę na nasz rodzimy bałagan. Szkoda, że Polacy jeszcze nie wpadli na to, co Niemcy mają już we krwi: porządek zwyczajnie ułatwia życie.